Mój Wspaniały Świat

Poranek jak to poranek. Obudziłem się wstrząsany torsjami i w ogólnie rzygliwym poczuciu własnej słabości.

– A miało być inaczej – pomyślałem, jak co dzień rano. Przeturlałem się po łóżku w stronę ściany, unikając tym samym wrzynających się boleśnie w głowę promieni wiosennego słońca.
Koszmarny zgrzyt sprężyn starej kanapy dopełnił tortury zbolałej duszy i ciała. Wstałem z łóżka, choć raczej powinienem powiedzieć, że wygrzebałem się z barłogu, próbując przypomnieć sobie najbardziej istotne szczegóły w rodzaju: jaki jest dzisiaj dzień, co mam zrobić rano i dlaczego jestem już spóźniony i najważniejsze pytanie – kim ja kurwa jestem!?
Niekontrolowane zderzenie mojego czoła z idiotycznie nisko podwieszoną szafką szczęśliwie pozwoliło na powrót mojej świadomości do rzeczywistości z niezaplanowanych wakacji. Już wiem jaki jest dzień, wiem co mam zrobić dzisiaj rano i najważniejsze, niestety kurwa wiem kim jestem.
A jestem ZEREM. Nic nie znaczącym trybikiem w fantastycznie zaplanowanej rzeczywistości XXI wieku w centrum Europy. Przy czym określenie trybik jest niezasłużonym komplementem bowiem trybik ma jakieś wypustki, swego rodzaju pofałdowania powierzchni, a ZERO to zero.
Gładkie, obłe i nieprzydatne w społeczeństwie. Pomysleć, że kiedyś byłem kimś! Niestety okoliczności i mój strach o całość własnej dupy sprowadziły mnie do tej żałosnej egzystencji.

Masując obolałą głowę wyprostowałem się ostrożnie, tak żeby umiejscowić się dokładnie przed umywalką, która w momencie składania się łóżka, automatycznie wynurzy się ze ściany mojego apartamentu.
Trik polegał na tym aby moment wstania z łóżka zgrać idealnie w czasoprzestrzeni (czyli w odpowiednim momencie i miejscu) tak aby nie zostać wciągniętym w składający się tapczan bądź nie dostać w łeb wysuwającą się ramą metalowej umywalki.

Kolejny zły znak na nadchodzący dzień… wstałem niby odpowiednio szybko i precyzyjnie, ale zapomniałem zabrać z pościeli dzisiejszy przydział do pracy, który odebrałem wczoraj z konsoli komunikacji zwanej potocznie przez wszystkich KOKOMem. W efekcie niewielki świstek papieru określający moje szanse na zarobienie kilku kredytów w dniu dzisiejszym zniknął wraz z głośnym świstem pompy pneumatycznej wciągającej mój barłóg do ściany. Potencjalnie była szansa na awaryjne otwarcie łóżka i wygrzebanie mojego kuponu na życie w ten piękny i słoneczny dzień, ale podejrzewałem niestety, że z powodów obiektywnych, moja bielizna pościelowa trafiła natychmiast do komory pralni lub co gorsza, komory spalania. Bez względu na to gdzie trafiła, przydział do pracy szlag trafił.
– Kurwa – wymamrotałem, powoli ogarniając obolałą głową rozmiar tragedii…
– Do ciężkiej kurwy nędzy! – Wrzasnąłem bo zorientowałem się, że bez przydziału nie będę w stanie zarobić nawet na dzienną ratę powietrzną. Wizja doby oddychania bez wykupionych filtrów powietrza zmroziła mnie i natychmiast zmobilizowała do gorączkowego poszukiwania rozwiązania problemu.
– Opłata powietrzna płatna jest maksymalnie do 13, potem w przypadku braku opłaty filtry osobiste są dezaktywowane, a KOKOM wyłącza klimatyzację w apartamencie. Teraz jest 6 rano. Mam niecałe 7 godzin żeby skołować kasę!

Szybko umyłem się, choć raczej powinienem powiedzieć, że ochlapałem twarz wodą która przez ułamek sekundy trysnęła z kranu brunatnym strumieniem – efekt taryfy oszczędnościowej w Wodociągach Miejskich – i złapałem ubranie wiszące na oparciu krzesła. Ponownie wskazana była koordynacja i pewność ruchów jako, że krzesło za dokładnie 3 sekundy miało zmienić się w stolik śniadaniowy zaopatrzony przez KOKOM w Śniadanie Dnia. W moim przypadku była to jasnoróżowa kupka szlamu buzująca proteinami niewiadomego pochodzenia. Ponownie efekt taryfy ekonomicznej w Zakładach o optymistycznej nazwie Gastronomia Natura i Jakość, w skrócie… w sumie nie ma to większego znaczenia, grunt że smakowało to jak rozgotowane rzygi pawiana, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie miałem pojęcia kto to jest Pawian, dlaczego rzyga i co najważniejsze, kto do cholery te rzygi gotuje.
Wciągnięcie śniadania zajęło mi około minuty, co ewidentnie ułatwiła żelowata konsystencja posiłku. Rychło w czas bowiem KOKOM zanincjował transformację apartamentu miejsce pracy.
– Podaj kod dziennego przydziału pracy – wybrzmiał seksowny kobiecy kontralt z centralnego głośnika umiejscowionego zapewne w suficie.
– W sumie, jak sam mi ten cholerny kod wydrukowałeś, to czego się teraz kurwa o niego dopytujesz – wrzasnąłem poirytowany, gdyż wiedziałem jaki będzie efekt procedury bezpieczeństwa w połączeniu z faktem zgubienia przeze mnie przydziału. Będzie marnie… Jedyne co pozostało to szybkie wymknięcie się z mieszkania, zanim zostanę obezwładniony jako Nieproduktywny i dostarczony pocztą pneumatyczną do Miejskiej Farmy Energii. A tam, przyslużę się społeczeństwu, a miarą mojej służby będzie liczba kilowatominut przekazanych w darze dla Głównego Generatora.

Trzeba się było ewakuować. Na szczęście manewr ten miałem opracowany w szczegółach. Wystarczyło zapalić papierosa w pomieszczeniu, aby KOKOM automatycznie otworzył okna oraz drzwi i w prawie tym samym momencie nadjeżdżał Miejski Wóz Strażacki. Co prawda traciło się kilkanaście punktów Wskaźnika Przystosowania Społecznego, ale była to jedyna metoda żeby posiadając puste konto, opuścić zamknięte pomieszczenie mieszkalne szumnie zwane apartamentem.
– Gdzie są te fajki? – mruczałem przetrząsając rozwleczone po podłodze ubrania. Inspekcja wnęki z kiblem ujawniła smętne resztki petów upchnięte w szparze w ścianie służącej za popielniczkę. Wydłubałem jeden i zapaliłem zaciągając się głęboko. Dmuchnąłęm chmurą żółtego i gryzącego dymu wprost w kierunku czujnika umiejscowionego na suficie. I zaczęło się piekło. Wbrew moim oczekiwaniom okna się nie otworzyły. Drzwi i owszem, tyle że zamiast obskurnego korytarza zobaczyłem tłoczący się w wejściu do mojego mieszkania zgrabny oddziałek komandosów ze Służby Porządkowej.
– Na ziemię, kurwa!!! – Ryknął postawny umundurowany mężczyzna dzierżący potwornego gnata w dłoniach.
Zwaliłem się na lepką od brudu podłogę pełen gorączkowych myśli. Coś było zdecydowanie nie tak.
– No toś się doigrał bratku – wysapał ktoś, kto aktualnie klęczał na moich plecach i mocował się z kajdankami.
– Ale to jakaś kurewska pomyłka – wrzasnąłem – skontaktujcie sie z KOKOMEM i podajcie mój kod identyfikacyjny – dodałem trochę bez sensu bowiem czułem, że jakikolwiek dyskurs z tymi trepami do niczego dobrego nie doprowadzi…
– Masz WuPeEsik ujemny więc masz też przesrane – wyjaśnił mi ten tępy osiłek dźwigając się na nogi.
Teraz wszystko było jasne. W swoim genialnym planie wydostania się z apartamentu, pominąłem jeden malutki, nie wahajmy się powiedzieć, mało istotny element czyli aktualny stan mojego Wskaźnika Przystosowania Społecznego. A ten, biorąc pod uwagę mój ekstrawagancki styl życia, ostanio raczej nie szczytował i oscylował w okolicach zera, a dzisiejsza akcja z pożarem zapewne skutkowała odjęciem kolejnych cennych punktów.
Ostre szarpnięcie poderwało mnie na nogi. Stanąłem twarzą w twarz z dowódcą oddziału, ktory przyglądał mi sie dość obojętnie.
– Max Payne, jesteś aresztowany za osiągniecie niedopuszczalnego przez prawo poziomu WPS i tym samym…
– – Max Pejn? Co za kurwa Max Pejn – wrzasnąłem – ja jestem Tomasz Kowalski a nie żaden Pejn! Co to kurwa zresztą za nazwisko! To jakaś pomyłka…
– – … I tym samym – ciągnął beznamiętnie dowódca – zostajesz skazany na dożywotni pobyt na Miejskiej Farmie Energii. Pobyt ten zresztą będzie krotki – dodał z paskudnym uśmiechem – a jak się nie zamkniesz to dodatkowo zaliczysz osobisty bonus ode mnie ktory zakwalifikuje cię do Zakładu Rekonstrukcji i Protetyki.
– Ale to pomyłka, ja nie jestem żaden Max tylko Tomek – przerażenie wywołane dynamicznym rozwojem sytuacji, otumaniło mnie i zmieniło w chlipiącą i trzęsącą się kupę nieszczęścia – Sprawdźcie skanerem! Skontaktujcie sie z KOKOMem! – Wrzasnąłem, gorączkowo unosząc włosy z czoła i odkrywając kod kreskowy wytatułowany centralnie nad brwiami. Dowódca niechętnie skinął głową w kierunku żołnierza który pięć minut wcześniej krępował mi ręce kajdankami, a ten wyjął z kieszeni Skaner Tożsamości i wycelował go w moim kierunku. Usłyszałem krotki dźwięk, błysnęło zielone światło lasera, po czym zapadła cisza. Osiłek ze Skanerem próbował odczytać wynik. Jak dla mnie trwało to zdecydowanie za długo.
– No i co? – wyrwało mi sie – To pomyłka prawda?
– Sorry gościu – zarechotał ten troglodyta – brak zasięgu.
– No to kurwa wyjdź na zewnątrz! – zawyłem i szarpnalem sie. Na ten ruch oddział błyskawicznie zareagował i znowu leżałem rozciągnięty na podłodze.
Dowódca podrapał sie po głowie wyraźnie nie wiedząc co zrobić.
– W rozkazie było wyraźnie napisane, że pod numerem 12.345 w kwadracie 543, przebywa w ukryciu przywódca ruchu oporu – zaczął niepewnie – numer sie zgadza, kwadrat tez – ciągnął swój wywód wyraźnie podniesiony na duchu – Więc mi tu kurwa nie podskakujcie Payne bo my i tak wiemy co z was za egzemplarz! Ruszać! – wydarł się, najwyraźniej całkowicie przekonany o słuszności swojej decyzji.
Ktoś szarpnął mnie za skute ręce, boleśnie wykręcając ramiona. Jęcząc z bólu pochyliłem się gwałtownie chcąc uniknąć wyłamania stawów barkowych. I chyba właśnie to uratowało mnie przed utratą głowy. Dosłownie…
W momencie gdy mój bezmózgi oprawca rechocząc pchał mnie przed sobą, napawajac sie koszmarnym chrupaniem stawów…
…w momencie gdy ja rycząc z bólu, wściekłości i bezsilności wspinałem sie na wyżyny wysiłku umysłowego opracowując jednocześnie plan ucieczki, zemsty i zastanawiając sie kto do jasnej kurwy nędzy wpakował mnie w to gówno…
… właśnie w tym momencie gdy oddział wydreptał z mojego mieszkania w profesjonalnie ustawionej formacji „Chroń VIPa”, dał sie słyszeć głośny wizg i przez środek naszej grupki przeleciało coś co z wyglądu przypominało ogromny wirujacy mikser do koktajlu. Dla wyjaśnienia sytuacji podobieństwo dotyczyło nie tylko wyglądu ale też skutków działania. Począwszy od Dowódcy aż po sadystycznego draba trzymającego mnie za ręce, wszyscy którzy byli w miarę wyprostowani, w znacznym stopniu zostali poddani skutecznej terapii redukcji masy ciała… Gwarantującej brak efektu jo-jo.
Zanim zdążyłem zorientować sie w sytuacji, porzygać i poślizgnąć w brei pokrywającej obecnie korytarz na piętrze, czyjeś ręce poderwały mnie do góry i wsunęły do czegoś w rodzaju kapsuły.
Coś huknęło, szarpnęło i stęknęło. Usłyszałem brzęk szkła i poczulem jak kapsuła startuje rozwalając okno i większą część ściany nośnej budynku. Kompletnie ogłupiały sekwencja zdarzeń postawiłem strategicznie stracić przytomność do momentu, aż ta cała pierdolona sytuacja raczy się łaskawie wyjaśnić. Ostatnia myśl jaka przemknęła przez moj obolały od nadmiaru wrażeń mózg, dotyczyła kwestii kasy, osobistych filtrów powietrza i ogólnej potrzeby rozwalenia systemu ktory zniewolił ludzi. Ta ostatnia myśl zaskoczyła mnie najbardziej… Skąd u mnie takie…

***
– Skąd do kurwy nędzy przyszło wam do głowy, ze jestem jakiś Max pierdolony Pejn, kurwa jego mać – wrzasnąłem do grupki zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, którzy otaczali łóżko na którym leżałem. Z zadowoleniem zauważyłem rownież, ze dobór i umiejscowienie przekleństw wyraźnie podniosło siłę przekazu. To zapewne niedoceniany efekt posługiwania sie zdaniami wielokrotnie złożonymi.
Lekki szmer przesunął się w grupce, z której wystąpił krępy i barczysty mężczyzna. Bez słowa podszedł do mnie i przyłożył skaner do mojego czoła.
– Brak zasięgu – westchnął – Musimy wierzyć informacjom wywiadu. Według agentów, przywódca ruchu oporu, najbardziej utajniony z bojowników miał być dzisiaj aresztowany dokładnie w tym miejscu gdzie przechwycilismy ciebie Max. Twoja negacja własnej osoby to prosta konsekwencja szoku i dyspersji świadomości będacej rezultatem farmakologii użytej do uzyskania najwyższej formy konspiracji.
– Konspiracji – sracji – warknąłem – kopsnij lepiej szluga zamiast mendzić o jakiejś duperencji. I gdzie ja do ciężkiej cholery jestem? – dodałem łagodząc dobór słów gdyż jak zauważyłem moje audytorium z każdym moim kolejnym słowem bylo coraz bardziej stropione.
– Eee… – zaczął jeden z zebranych – jesteś w kwaterze głównej Ruchu Oporu, Max… – wczoraj wysłałeś do nas zakodowany sygnał z koordynantami twojego miejsca zamieszkania i informacją o spotkaniu na którym mieliśmy poznać twój plan o kryptonimie MWŚ, plan rozprawienia się z Krwawym Rzeźnikiem.
– Emwueś? – zapytałem patrząc głupio na zebranych. Miałem wrażenie, że moje pytanie jest cokolwiek niestosowne.
– Eee… Mój Wspaniały Świat – wyjaśnił ktoś z tłumku.
– A Krwawy Rzeźnik to…? – zapytałem, poprawiając sie wygodnie na łóżku i ugniatajac w palcach podanego mi papierosa.
– Nnno Prezydent Republiki – powiedział z wahaniem barczysty który uprzednio skanował moj tatuaż – Przecież walka z nim to sedno twego życia …
– I jedyny jego cel – zaintonowali pozostali zebrani.
Powiało sektą, fanatyzmem i hurysami w raju…
– No dobra – postanowiłem delikatnie zmienić temat na bardziej dla mnie aktualny – zanim przejdziemy do omowienia mojego planu zamordowania Krwawego Rzeźnika, to moze ktos z was skołował by dla mnie nowe filtry powietrza bo tak sie akurat składa, że moje się już zużyły i jeszcze chwila a się kurwa uduszę – dla podkreślenia wagi sprawy dodałem jeszcze jedno „kurwa” na koniec zdania. Wydawało mi się, że wywoływało to pozytywny rezonans i kreatywne podejście słuchaczy. Ci jednak spojrzeli po sobie z wyraźnym zakłopotaniem, wyraźnie zagubieni. Podjąłem zatem jeszcze jedną próbę nawiązania kontaktu, czując narastającą irytację i strach że do rozwiązania mojego problemu może być jeszcze daleko … Zbyt daleko biorąc pod uwagę żywotność filtrów powietrza w moich nozdrzach…
– Do ciężkiej kurwy nędzy! – Wrzasnąłem ! – skupcie się, bo ja zaczynam sie dusić !
– Ale my nie mamy żadnych filtrów – Barczysty wyraźnie oprzytomniał – Max, jeżeli masz to gówno w nosie to musimy to natychmiast usunąć! To kondensacyjny generator neurotoksyny. W przestrzeni Miasta wykorzystuje efekt rozpylania narkotyków w powietrzu i metabolizuje je do związków wpływających na nasz układ nerwowy ale w Wolnej Strefie niczemu nie służy, poza obciążaniem układu oddechowego – Barczysty tłumaczył jednocześnie wydając gestami polecenia dwóm ubranym w białe kitle ludziom. Jeden z nich taszczył nieprzyjemnie wyglądający przedmiot przypominający skrzyżowanie nożyczek z korkociągiem.
– Przytrzymajcie go! – krzyknął Barczysty do kilku osób znajdujących się u wezgłowia mojego łóżka.
– Nieeee !!!! – wrzasnąłem – ale było za późno. Gość w białym fartuchu zbliżał sie nieuchronnie z gigantycznym korkociagiem skierowanym w moj nos.
– Rany boskie! – zawyłem – powstrzymajcie tego sadystę ! – ale niestety otaczający tłum wyraźnie sprzyjał temu praktykantowi doktora Frankensteina, gdyż nikt nie zrobił absolutnie nic aby powstrzymać zabieg, którego efekt jakkolwiek spektakularny dla widzów, dość marnie rokował dla pacjenta czyli mojej skromnej osoby.
Prawdopodobnie straciłem przytomność, gdyż jak otworzyłem oczy, byłem sam w jakimś obdrapanym pomieszczeniu,leżąc na pryczy z wetkniętą w nos jakaś brudną czerwoną szmatą. Cała twarz pulsowała bólem. Co gorsza bolały mnie ręce, brzuch i … (To wzbudzało moj paniczny strach ) koszmarnie bolał mnie tyłek.
– Usunęliśmy wszystkie filtry – Barczysty podszedł do mnie uśmiechając sie niewesoło – Niektóre były osadzone dość głęboko – zawahał się – trochę to trwało ale udało sie dorwać wszystkie. Jesteś juz wolny – zakończył uśmiechając sie szeroko.
– Robert jestem – wyciągnął do mnie swoją wielką łapę.
– Tomek – odparłem machinalnie i uścisnąłem jego dłoń.
Robert przewrócił oczami.
– Już nie musisz grać. Wiemy kim jesteś… Max…
Mocno przygnębiony podniosłem wzrok na Roberta. I powiedziałem.
– Słuchaj, nie wiem kim jesteś, nie wiem co to za organizacja, mam gdzieś wasze cele, Krwawego Drwala,…
– Rzeźnika – Poprawił mnie Robert.
– Rzeźnika – zgodziłem się – wiem jedno. Dzisiaj przez mojego pecha spadł moj WPS i grozi mi milutkie tete-a-tete z piecykiem z komorze utylizacji na Miejskiej Farmie Energii. Potrzebuję z pięćset kredytów, żeby wręczyć łapówkę w Urzędzie Oceny Społecznej i podnieść mojego wupeesa przynajmniej do poziomu 40%. I kurwa mam problem, bo nie wiem dlaczego zgarnął mnie pierdolony oddział komandosów, nie wiem dlaczego odbiła mnie jakaś pokręcona sekta bojowników o wolność, a jakiś kretyn wiercił korkociągiem we wszystkich moich otworach ciała …. Ja po prostu chcę wrócić do mojego mieszkania, odebrać kolejny przydział do pracy i żyć dalej…
Robert westchnął cieżko.
– Więc nie jesteś Maxem Paynem? Legendarnym przywódcą wszystkich bojowników o wolność ?
– Nie – odpowiedziałem twardo.
– Ani na przykład podwójnym uśpionym agentem, ktory nie wie że jest agentem?
– Nic z tego – przepraszająco rozłożyłem ręce.
Robert zamyślił się głęboko.
– Jednak z jakiegoś powodu, ktoś przysłał nam informację o spotkaniu z tobą. W sumie, gdybyśmy tam nie przyszli to nie uratowalibysmy cię z łap Sług Krwawego Oprawcy…
– Rzeźnika? – upewniłem się?
– Rzeźnika – potwierdził Robert, pocierając w zamyśleniu podbródek.
– A może to rzeczywiście pomyłka – podsunąłem życzliwie – czy pamiętasz może, gdzie dokładnie mieliście sie zjawić?
– Zaraz sprawdzę – Robert zajrzał do przenośnej konsoli pozwalającej jak przypuszczałem na nieautoryzowane wejście do KOKOMU.
– Kwadrat 543, numer 123.45 – Robert odczytał zapis z zakodowanego komunikatu.
– No i wszystko jasne – rozpromieniłem się na tyle na ile moja obolała fizjonomia mi pozwoliła – ja mieszkam pod numerem 12.345 a nie 123.45!
– A co to kurwa za różnica? – zdenerwował sie Robert.
– No wiesz? – spojrzałem na niego z oburzeniem. – Najwyraźniej nigdy nie byłeś na 123 poziomie! Tam naprawdę mozna oberwać. W sumie to idealne miejsce dla tego waszego Maxa Pejna…
Robert ukrył twarz w dłoniach. Usłyszałem stłumiony szloch.
– Znowu mi sie kurwa nie udało – zajęczał
– Nie martw się – powiedziałem wesoło poklepujac go po plecach – tak w ogóle to niezła z was drużyna! Te kapsuły, broń, lochy no i ci goście w białych fartuchach z korkociągami. Moglibyście spokojnie kręcić tutaj jakies chore filmy w rodzaju Masakry Jelit 12 – uśmiechnąłem sie na wspomnienie mojego ulubionego horroru. Zdecydowanie najlepsza część z całego cyklu.
– Serio? – Robert otarł twarz chustką wydobytą z kieszeni kombinezonu.
– Serio serio – przytaknąłem.
– Wiesz, inwestujemy w sprzęt i wizerunek Bojowników o słuszną sprawę, ale strasznie cieżko przebić sie w mediach… Ta cenzura Krwawego Rzeźnika…
– Z drugiej strony co to byłby za Rzeźnik bez cenzury i aparatu przemocy – wskazałem Robertowi drugą stronę sytuacji.
– Tak, tak – odparł w zamyśleniu Robert. – I co my z tobą teraz zrobimy co? Pięćset kredytów mówiłeś tak?
– Nie byłoby źle – westchnąłem – muszę dojść do ładu z własnymi kłopotami, a wasza interwencja i sposób uwolnienia mi tego nie ułatwia…
– Jest jeszcze kwestia filtrów – zaczął ostrożnie Robert – bez nich bedziesz mógł funkcjonować ale oznacza to ze nie bedziesz metabolizował neurotoksyn i … będziesz miał problem z bezwolną akceptacją posunięć władzy… Zawsze tez mogę zawołać Helmuta… Wiesz, tego gościa z korkociągiem. Może zamontować ci nowe filtry…
– Brzmi zachęcająco – smętnie pokiwałem głową – ale takie o przedłużonej trwałości jeśli mogę prosić…
***

Robert wraz z oddziałem odstawił mnie w okolice poziomu 12 w kwadracie 543. Na odchodne uściskał mnie a do kieszeni wcisnął pięćset kredytów. Bojownicy o wolność oddalili się knując kolejny zamach, a ja pomachawszy im udalem sie prosto do Urzędu Oceny Społecznej, na spotkanie z dawnym znajomym. Po krótkiej rozmowie, uboższy o trzysta kredytów (ostro negocjowałem) ale z WPS na poziomie 35% dotarłem do swojego mieszkania. Po drodze zastanawiałem sie nad swoją sytuacją. To wszystko nastąpiło tak szybko, ze nie miałem nawet chwili na analizę co właściwie sie stało. Najwyraźniej coś nie zagrało w Programie Ochrony Świadków. Ktoś sypnął, no bo niby skąd Robert ze swoim oddziałem wiedział gdzie znajduje sie głęboko ukryty Świadek Koronny, skruszony bandyta z Ruchu Oporu… A może to była zaplanowana akcja? Świadek Koronny w roli przynęty? Kurewsko nie fair w stosunku do przynęty. No i oznaczałoby to, że ktoś postanowił poświęcić cały oddział komandosów …
– Mieli pecha, za to Centrala Kontrwywiadu KOKOMu świętuje sukces – pomyślałem – szkoda tylko, że kosztem mojego świętego kurwa spokoju – zżymałem się w duchu.
Na szczęście wszystko wróciło do normy. Miałem wymienione filtry, neurotoksynka pięknie metabolizowała się, powoli stabilizując moje poczucie równowagi i skutecznie rozpraszając watpliwości, jakies nadmierne oczekiwania czy pretensje do świata. Musiałem tylko wrócić do domu i spokojnie czekać na kolejny przydział do pracy, pilnując się zeby nie popełnić jakiegoś głupiego błędu ktorego skutkiem mogłoby być obniżenie mojej przydatności dla społeczeństwa co ponownie zachęciłoby Centralę do jakiś radosnych zabaw w rodzaju „Mam przywódcę ruchu oporu i nie zawaham sie go użyć”.
– Może trafi mi się przydział w wodociągach? – rozmarzyłem się – prosta i niewyszukana praca przy pompach wydawała się doskonałym remedium na moje sterane nerwy.
Służby porządkowe najwyraźniej posprzątały bałagan jaki zostawił po sobie oddział bojowników. Piętro wyglądało i śmierdziało tak jak zwykle, ale dla mnie był wygląd i zapach domu i bezpieczeństwa. Otworzyłem drzwi i z czułością spojrzałem na jedyne pomieszczenie z jakiego składało sie moje mieszkanie. Aktualnie KOKOM przystosował je do stanowiska pracy, gdyż na środku widać było niewielki stalowy rowerek z dynamem…
– A jednak nie pompa ale przydział w elektrowni. Też dobrze i pożytecznie! To jest mój wspaniały świat – pomyślałem siadając na niewygodnym rowerku. Zacząłem pedałować. Licznik energii zaczął powolne odliczanie, oświetlenie pokoju lekko się rozjaśniło. Coś zabzyczało, zgrzytnęło i rozpoczął się kolejny dwunastogodzinny okres mojej służby dla społeczeństwa. Skaner KOKOMU omiótł moje czoło a na wyswietlaczu konsoli pojawił się aktualny odczyt z systemu: Max Payne, WPS 35%. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Tomasz Kowalski alias Max Payne, oddział Bojowników o wolność ze swoim dowódcą Robertem i niewielka jednostka komandosów idąca jego śladem. Jednostka, o której niedługo bedzie bardzo głośno.

Dodaj komentarz