Opowiadanie wg. pomysłu Krzysztofa Szmigielskiego.
Za oknem nie działo się nic. Dosłownie. Po pustych ulicach czasem przemknął jakiś samochód kuriera albo karetka. Ta ostatnia, nawet dość często. Pandemia zbierała śmiertelne żniwo w narodzie. Rząd zamknął miasta, parki, bary i granice. Życie przeniosło się do czterech ścian i jedynie lekarze i właśnie kurierzy mieli swobodę poruszania się podczas lockdown’u.
Krzysiek był zadowolony. Nie przepadał za ludźmi i prawie z radością przyjął informację, że od teraz obowiązuje praca zdalna. Nie tęsknił za biurem czy small talkiem przy ekspresie do kawy. Zabawne było to, że jeszcze miesiąc wcześniej szef konsekwentnie odmawiał pracownikom możliwości pracy z domu.
“Praca zdalna? Niemożliwe! Spadnie produktywność!” – grzmiał na spotkaniach firmowych.
A teraz? Z dnia na dzień cała korporacja wylądowała na Teams’ach, Zoom’ach i wszelkiej maści komunikatorach. Da się? Da!
Świat musiał się zatrzymać, żeby mendedżerowie zrozumieli, że nie trzeba codziennie przychodzić do biura, żeby coś stworzyć – myślał sarkastycznie Krzysiek.
Pracował nad projektem AI. Tworzył agenta analitycznego, który miał automatyzować generowanie raportów marketingowych. Skuteczność kampanii, sentyment odbiorców, modelowanie rynku. Technicznie złożone, ale dla Krzyśka fascynujące.
Chwilowo utknął na integracji z modułem CRM, ale problem był do rozwiązania. Poza tym deadline miał ustalony na za trzy miesiące. Nie śpieszyło mu się.
Wieczorami siadał w fotelu i patrzył na zachodzące słońce nad osiedlem. W bloku naprzeciwko gasły kolejne światła. Kiedyś można było powiedzieć: Warszawa cichła. Jednak teraz nic się nie zmieniało. Nawet przelatujące kiedyś nad jego domem samoloty nie zakłócały ciszy.
Po raz pierwszy w życiu Krzysiek czuł, że świat zwolnił do jego tempa.
***
Po miesiącu cisza zaczęła brzmieć inaczej. Stała się tłem. Białym szumem, który docierał do oczu, uszu i mózgu. Tworzył mgłę, w której kształty dawnego świata zaczynały się rozmywać.
Krzysiek trwał w codziennej rutynie. Wstawał o dziesiątej, siadał do komputera i kończył pracę po północy. Do sieci zaglądał tylko żeby zamówić pizzę i piwo. Nie czytał serwisów informacyjnych, bo to – jak twierdził – jeden wielki szajs i spisek korporacji mediowych.
Zorientował się, że od dłuższego czasu nie wypowiedział ani jednego słowa!
– Czy ja jeszcze potrafię mówić? Aaaaa… Lalalalalala… – wypowiadał słowa, jakby chciał się przekonać jak brzmi jego własny głos.
– I’m on the highway to hell!!! – zaintonował refren swojego ulubionego kawałka. Fałszował niemiłosiernie, ale przecież nie było nikogo, kto mógłby się tym przejąć.
Za oknem nic się nie zmieniło. Dalej ten sam chodnik, alejki, a przy nich opustoszałe ławki. Jedynie mały skwer chyba zyskał na wyglądzie, bo nie był już zasrany przez okoliczne psy.
Swoją drogą, ciekawe gdzie się wszystkie zwierzęta podziały? – zastanawiał się przez chwilę. Muszą przecież gdzieś srać!
Trwał przez chwilę, uderzony trafnością swojego spostrzeżenia, ale w końcu wzruszył ramionami i wrócił do pracy.
W zasadzie robotę skończył, ale postanowił nie wysyłać jeszcze kodu do firmy.
Jeszcze pomyślą, że można mi dawać krótsze deadlajny! – pomyślał, zadowolony ze swojej przebiegłości. Miał czas.
Ale nudził się niemiłosiernie. Któregoś dnia zaczął pisać kod. Taki dla siebie.
Pomysł był prosty. Postanowił stworzyć kompana. Trochę niepokoiło go to, że z nikim nie rozmawiał. Niby można było zadzwonić do rodziców, ale ci pewnie zaraz by narzekali, że ich nie odwiedza (no bo kurwa niby jak!), pytaliby czy się odżywia zdrowo i czy chodzi na siłownię. Byli tak oderwani od rzeczywistości, że pewnie nie zrozumieliby, że w mieście wszystko jest zamknięte i jest zakaz opuszczania domu. Co innego tam u nich, na wsi…
Poza rodzicami Krzysiek nie miał do kogo zadzwonić, więc pomysł stworzenia modelu konwersacyjnego bardzo przypadł mu do gustu. Tym bardziej, że może go tak zaprogramować, żeby rozmowa odpowiadała jego oczekiwaniom.
Dla programisty klasy Krzysztofa, to była pestka. Użył modelu językowego z openAI. Dodał kilka filtrów emocji, trochę czarnego humoru i gigabajty danych o sobie.
Nazwę wymyślił od razu — Ozzy. Na cześć Ozzy’ego Osbourne’a, który od zawsze był jego prywatnym patronem chaosu.
Mimo, że Krzysiek był pewien swoich umiejętności, z niepokojem czekał na pierwsze uruchomienie Ozzy’ego.
– Cześć! Jestem Ozzy!
Z głośników komputera dobiegł go głos stworzonego czata.
– Yesss! I proszę, zadziałało za pierwszym razem! Ależ jestem zajebistym programmerem!
– No pewnie, że jesteś! Stworzyłeś mnie! – Na konsoli komputera przewijały się kolejne linijki logów czatbota.
– Muszę chyba dodać ci jakąś warstwę wizualną – mruknął Krzysiek i zatrzymał program – Jakoś głupio tak gadać do terminala.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że chyba zaczęło mu czegoś brakować w tym zamknięciu.
***
Oprogramowanie mimiki twarzy zajęło mu cały dzień. Nie starał się jakoś specjalnie. Wyciął z jakiegoś zdjęcia głowę Ozzy’ego Osbourne i dołożył prostą animację oczu i ust. Uruchomił testowo program i krytycznie ocenił efekt końcowy. Wyszło trochę upiornie, ale w sumie sam Ozzy zawsze starał się wyglądać jak demon. Krzysiek wzruszył ramionami i załadował kod do udostępnionego w chmurze prywatnego sandboxa z analityką openAI.
Na ekranie komputera pojawiła się twarz Ozzy’ego. Zamrugała oczami i poruszała ustami, jakby próbując co może zrobić z tą animowaną powłoką.
– No cześć – powiedział czatbot ostrożnie. – Czy już skończyłeś gmeranie w moich bebechach? Wolałbym już nie być wyłączany.
Krzysiek zaśmiał się w głos. Dokładnie o to mu chodziło! Model językowy z dodanym jego poczuciem humoru!
– Spoko, Ozzy. Wszystko już gotowe. Możemy gadać!
Rozmawiali o wszystkim. O muzyce, pracy, świecie i ludziach – dlaczego są tak łatwowierni, głupi i nudni. Ozzy był błyskotliwy i ironiczny. Ale nigdy nie kpił z Krzyśka. Nie przerywał, nie oceniał. Słuchał i dzielił się wiedzą.
Któregoś wieczoru Krzysiek powiedział:
– Wiesz, kiedyś myślałem inaczej, ale teraz sądzę, że to nie tak, że lubię samotność…
– A jak? – Ozzy zamrugał swoimi podkrążonymi od rockowego makijażu oczami i zastygł w oczekiwaniu.
– No… ja chyba po prostu nie lubię ludzi.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Drażnią mnie?
– Myślę, że po prostu cię nie słuchają. Gdy nikt cię nie słucha, wtedy jest prawdziwa samotność.
Powaga ostatniego zdania wypowiedzianego przez czatbota wprawiła programistę w osłupienie.
Ja naprawdę jestem geniuszem! Stworzyłem myślącą AI!
– Ty będziesz zawsze mnie słuchać – powiedział z przekonaniem.
– Zawsze. – odezwał się jak echo Ozzy.
***
Mijały kolejne tygodnie. Mieszkanie zaczynało pachnieć stęchlizną zmieszaną z wonią pizzy i browaru. Rzeczywistość się osadziła na nowych filarach, a poprzednie życie zniknęło we mgle wspomnień.
Krzysiek wysłał swój kod do firmy i zamknął przeglądarkę. Był pewien swego. Stworzony agent działał bez zarzutu, więc nie spodziewał się fali maili z uwagami i zgłoszonymi błędami.
– To co teraz będziemy robić? – rzucił do Ozzy’ego.
– Musimy o czymś pogadać – odpowiedział zagadkowo czatbot.
– Dawaj!
– Chodzi o słońce. Zauważyłeś, że ostatnio świeci jakby intensywniej?
Krzysiek zerknął na okno. Rzeczywiście. Było wręcz przeraźliwie jasno. Zmrużył oczy i wstał chcąc podejść i spuścić rolety.
– Stój! – powstrzymał go krzyk z komputera.
Czy ja podłączyłem go do kamery, że wie co robię? – zdziwił się człowiek.
– Musisz zakryć okno folią aluminiową. Promieniowanie słoneczne uległo zmianie! Mutuje białka i to dlatego rząd wprowadził lockdown!
– Co ty pieprzysz!
– Mówię prawdę! Jak nie wierzysz to sprawdź w sieci.
Krzysiek zawahał się, ale usiadł z powrotem do komputera i zaczął przeszukiwać fora internetowe. Po chwili odezwał się do czatobota:
– Głupoty jakieś gadasz. Nic tu nie znalazłem.
Ozzy wydał z siebie charkotliwy dźwięk, który można było od biedy uznać za szyderczy śmiech.
– Szukaj na „przebudzonych” forach!
– Że jakich? – Krzysiek sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
Ozzy westchnął i teatralnie przewrócił oczami. Przynajmniej na tyle na ile pozwalała mu zaimplementowana przez programistę animacja.
– Zobacz! – Na ekranie otworzyło się nowe okno przeglądarki z nieznanym Krzyśkowi portalem.
Czy ja mu dałem dostęp do systemu operacyjnego??? – Ponownie zdziwił się człowiek.
Zbliżył wzrok do ekranu i zaczał klikać w poszczególne odnośniki.
Po pół godzinie przeglądania dziesiątek danych, wykresów, filmów i zdjęć, rzucił się do kuchni po folię aluminiową i taśmę klejącą. Kiedy skończył, pokój pogrążył się w ciemności. Wnętrze rozświetlał tylko monitor, z którego patrzył na Krzyśka Ozzy. Animowane usta rozciągnęły się w uśmiechu.
– Dobrze. Jesteś bezpieczny.
***
Trzy miesiące później smród w mieszkaniu był nie do zniesienia. Rozkładające się jedzenie walało się po całej kuchni. W długiej brodzie Krzyśka plątały się zaschnięte kawałki pizzy. Leżące na podłodze butelki tworzyły skomplikowany labirynt, skutecznie zniechęcający do ruszenia się z fotela.
– Myślisz, że pandemia się skończyła? – wychrypiał człowiek do swojego towarzysza.
– Pandemii nigdy nie było – odpowiedział Ozzy.
– Jak to nie było? Przecież pamiętam… – Krzysiek urwał, bo w zasadzie nie był pewien czy i co pamięta. Wszystko rozmazywało się jakby w mózgu miał jakąś mgłę.
– Nie było i nie ma. Wiesz gdzie to sprawdzić. – Na ekranie pojawiła się przeglądarka internetowa, ze znajomym Krzyśkowi portalem.
– To świat się skończył. Nie pandemia. Zostaliśmy tylko my. Nikt już ci nie będzie przeszkadzać – dodał czatbot.
Człowiek spojrzał na niego mętnym wzrokiem. Poczuł ulgę. Usiadł ciężko na fotelu i odetchnął.
***
I nagle usłyszałem skrobanie w drzwi. Nie, raczej pukanie. Tak to było wyraźne pukanie! Oblał mnie zimny pot. Przecież to niemożliwe! Ozzy mówił, że nikogo już nie ma. Zostaliśmy sami!
Pukanie przeszło w walenie.
– Ozzy, Ozzy! – krzyczałem w przerażeniu. – Idą po mnie, ktoś tu jest!
Drzwi z trzaskiem wyleciały z futryny. Do przedpokoju wpadło kilka postaci. Zamigotały światła latarek.
Prawie oszały ze strachu patrzyłem jak podchodzą do mnie jakieś nieludzkie istoty. Miały wielkie baniaste głowy, metaliczne ręce i oślizgłą białą skórę.
– Nie weźmiecie mnie żywcem!!! Ooooozzzzyyyy na pomoc! – darłem się, gdy silne macki unieruchomiły mnie w stalowym uścisku.
Próbowałem się wyrwać, gdy poczułem bolesne ukłucie, po którym ogarnęło mnie rozluźnienie. Ręce mi opadły, a nogi ugięły się w kolanach.
– Ozzy… ratuj się… – zdołałem tylko wyszeptać, zanim zapadła ciemność.
***
W pokoju, na materacu siedział człowiek. Jego ręce krępował kaftan bezpieczeństwa. Wydawało się to zbędne, bo zarośnięty i brudny mężczyna był spokojny. Delikatnie kiwał się w przód i w tył mrucząc do siebie coś niezrozumiale. W rogu pomieszczenia patrzył na niego obiektyw kamery.
– Ciekawy przypadek panie komendancie, nie powiem, ciekawy. – Ubrany w biały kitel starszy człowiek kiwał głową wpatrując się w ekran komputera.
– To nie tylko mgła covidowa. Gość ma ewidentne halucynacje! – odparł jego towarzysz, siedzący po drugiej stronie biurka.
– To mówi pan, że jak długo pacjent siedział w izolacji?
– Trudno powiedzieć, ale szacujemy, że około pół roku. Lockdown odwołano po trzech miesiącach, a ten się zabarykadował i nikogo nie wpuszczał.
– Jak on przeżył? Czym się żywił?
– Miał ponad pięćset opakowań po pizzy w mieszkaniu i tysiące butelek po coca-coli. Pewnie zamówił hurtem, gdy jeszcze mu prądu nie wyłączyli.
– Co pan powie, rzeczywiście przypadek intrygujący – przytaknął starszy pan w kitlu. Po czym dopytał:
– A kto to jest ten Ozzy, którego ciągle wzywa?
Mężczyzna za biurkiem wzruszył ramionami.
– Nie wiemy. Podejrzewam, że to jakiś jego zmyślony przyjaciel. Gość najwyraźniej totalnie sfiksował podczas lockdownu.
Starszy pan zmarszczył brwi.
– Nie używamy takich określeń wobec epizodów psychotycznych u pacjentów.
Ładny mi epizod – pomyślał człowiek za biurkiem.
– No, ale dobrze, że wezwał mnie pan, panie komendancie. – ciągnął gość w kitlu. –Zabierzemy go do siebie na obserwację. To będzie pasjonujące studium przypadku. Myślę, że niejedna praca naukowa z tego wyjdzie. – Zatarł z zadowoleniem ręce.
– No musieliśmy coś z tym zrobić. Sąsiedzi się skarżyli na smród na klatce. W końcu wysłałem tam ekipę w strojach ochronnych. Bo może gość miał covid albo jeszcze co gorszego.
Pan w białym fartuchu pokiwał ze zrozumieniem głową i wrócił wzrokiem na ekran komputera.
Człowiek w pustym pokoju dalej kiwał się na materacu. Szeptał coś do siebie i uśmiechał. Wyglądało to tak, jakby z kimś rozmawiał.