Cisza

Wersja audio: YouTubeSpotify

Mężczyzna leżał na plecach, z twarzą wystawioną ku niebu. Spróbował otworzyć oczy. Oślepiające słońce cięło powieki ogniem, a dłoń, którą podniósł odruchowo, drżała jak liść. Spróbował usiąść. Podłoże zafalowało i opadł z powrotem na plecy. Silny ból przeszył mu tył głowy. 

– Gdzie ja jestem? – wychrypiał, rozglądając się niepewnie. Ostrożnie uniósł się na rękach. 

Gdzieś nad głową rozległ się przeszywający krzyk mewy. Jego wzrok powędrował w tamtym kierunku. Ostrość widzenia powoli wracała.

– Łódź! – szepnął. – Jestem na łodzi?

Spojrzał pod siebie. Polakierowane deski, połyskujące w słońcu żywicą, pokrywały cały pokład. Odwrócił się. Dostrzegł cienki daszek, a pod nim – kokpit z kierownicą i mnóstwem dźwigienek.

Jach motorowy! Ale skąd się tu wziąłem?

Chwycił reling i z wysiłkiem wstał. Fale raz po raz uderzały w burtę, bujając pokładem. Mężczyzna z trudem utrzymywał równowagę.

– Co ja tu robię? – powtórzył na głos. Po chwili dotarło do niego, że nic nie pamięta! Nie wie nawet, kim jest!

Zrobił niepewny krok naprzód. Po lewej stronie od kokpitu dojrzał schodki prowadzące pod pokład.

Może znajdę tam coś, co przywróci mi pamięć? 

Zszedł powoli. Wewnątrz panował półmrok i zaduch. Po kilku sekundach poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Odruchowo zawrócił i wychylił się przez reling. Zwymiotował. 

Otarł usta rękawem. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na swój strój. Był ubrany w coś w rodzaju kombinezonu roboczego. Na piersi znajdowało się logo operatora sieci komórkowej. Z każdą minutą, zamiast być bliżej rozwiązania, coraz bardziej grzęzł w plątaninie znaków zapytania. Odwrócił się w kierunku zejścia pod pokład – i zamarł.

Na schodkach stała kobieta.

Ubrana była w identyczny, jak jego, kombinezon. Trzymała się za poręcz zejściówki i patrzyła na mężczyznę nieruchomym wzrokiem. W pewnym momencie syknęła z bólu i dotknęła tyłu swojej głowy. Zachwiała się, gdy kolejna fala uderzyła w burtę jachtu.

– Kim jesteś? – rzucił w jej stronę. – Wiesz jak się tutaj znaleźliśmy?

– A ty kto? – w jej głosie dało się słyszeć delikatny śpiewny akcent. Inny niż jego.

– Nie mam kurwa pojęcia. Może ty mi to wyjaśnisz – powiedział i zrobił krok w jej kierunku. Miało wyjść groźnie, ale wyglądało to bardziej na przestępowanie z nogi na nogę.

– Też nie wiem… chyba nie wiem – zająknęła się. 

– Jak to chyba? ! – zapytał zirytowany. – Wiesz albo nie wiesz!

– Tam na dole – wskazała ręką schodki. – Tam są jakieś dokumenty. Jest na nich moje zdjęcie i dane jakiejś Jolanty Walczak.

W głowie mężczyzny coś jakby zaskoczyło. To nazwisko brzmiało znajomo.

– Pokaż! – powiedział i ruszył w jej kierunku. Kobieta chwiejnie się obróciła i zeszła pod pokład.

Tym razem nie zwymiotował, ale bujający się jacht oraz brak widoku linii horyzontu potęgował dyskomfort. Weszli głębiej do ciasnego pomieszczenia. Po prawej stronie umiejscowione były najrozmaitsze urządzenia. Mężczyzna rozpoznał jedynie radio, albo raczej radiostację. Było też coś w rodzaju tablicy rozdzielczej, z mnóstwem przełączników i wskaźników. Omiótł wzrokiem bezradnie niezrozumiałe dla niego opisy przyrządów. 

Jedno jest pewne, żeglarzem nie jestem – pomyślał odruchowo.

– Zobacz tutaj – powiedziała do niego cicho Jola. 

Stała przy wąskim biurku, na którym leżał, wyglądający na przedpotopowy, laptop i sterta papierów. Kobieta wyciągnęła dwie zadrukowane kartki A4 i wręczyła mu je.

– Tutaj są nasze dane. Chyba nasze.

Mężczyzna obejrzał je dokładnie.

– Andrzej Krawiec – przeczytał podpis pod czarnobiałym zdjęciem faceta w średnim wieku.

 – Czy ja tak wyglądam? – Przystawił kartkę obok swojej głowy, jakby chciał, żeby kobieta oceniła podobnieństwo.

– To zdecydowanie ty – odparła z przekonaniem Jola i dodała: A ja? Czy wyglądam jak kobieta na tym drugim zdjęciu?

Andrzej kiwnął głową. Miał wrażenie, że nazwiska brzmią znajomo, ale żadna klapka w jego głowie nie otworzyła się. Nadal nie wiedział dlaczego znalazł się na dryfującym jachcie.

– Tutaj jest też jakaś mapa – Jola podsunęła mu złożoną na cztery sztywną kartkę.

To nie był wydruk z internetu. Po rozłożeniu, na jednej stronie rozrysowano Gdańsk i okolice. Andrzej zauważył zakreślone dwa punkty. Pierwszy był w nadmorskiej dzielnicy Górki Zachodnie. Drugi, w centrum miasta. Na odwrocie widoczne były oba punkty w dużo dokładniejszej skali – 1: 10 000.

– Blijadź – zaklął pod nosem Andrzej. – To dokładniejsze niż sztabówka!

– Coś ty powiedział? – Jola zbladła.

– Co? Nic – Machnął trzymaną w ręku mapą. – Cholernie dokładnie to rozrysowane jest.

Kobieta nic nie odpowiedziała, ale jej twarz wykrzywił nieokreślony grymas.

Andrzej wrócił do studiowania mapy. W punkcie w Górkach ktoś napisał:

Maszt radionawigacyjny – JW.

Mężczyzna zmarszczył brwi i przesunął palec na lokalizację oznaczoną w centrum Gdańska. Tam również ktoś zrobił odręczny dopisek:

Maszt nadawczy – AK.

Jola nachyliła się nad rozłożoną mapą.

– Co to jest AK i JW?

– Andrzej Krawiec i Jolanta Walczak – powiedział powoli jej towarzysz. Miał wrażenie, że z chaosu w głowie wyłania się jakiś wzór.

Odwrócił ponownie mapę i jego wzrok zatrzymał się na Westerplatte. Powiódł palcem po korycie Martwej Wisły. Mars na jego czole pogłębił się.

– A gdzie my właściwie jesteśmy? – mruknął, odłożył mapę i sięgnął odruchowo do kieszeni. Wyczuł znajomy podłużny kształt.

Żeby tylko był zasięg! – przemknęło mu przez myśl. Wyciągnął telefon i mozolnie wdrapał się z powrotem na pokład. 

Nie było ani jednej kreski. Nie oczekując zbyt wiele, włączył aplikację Google Maps. Ku jego zdziwieniu na ekranie smartfona pojawiła się mapa z zaznaczoną lokalizacją.

Musiałem mieć wgrane mapy offline, a GPS złapał kontakt z satelitą.

Zmniejszył skalę. Byli w Zatoce Gdańskiej. Mniej więcej na wysokości Półwyspu Helskiego. 

Rozejrzał się po widnokręgu w poszukiwaniu zarysu brzegu. Na wprost dziobu dostrzegł coś na horyzoncie.

To musi być Hel – pomyślał.

– Masz sieć? – zapytała Jola ukazując się w zejściówce.

– Nie, ale wiem już gdzie jesteśmy! – krzyknął Andrzej. 

Podszedł do kokpitu i obejrzał dokładnie instrumenty. Poniżej kierownicy spostrzegł stacyjkę i wetknięty weń kluczyk. Twarz mężczyzny rozjaśnił uśmiech, który po chwili zgasł.

Czy ja potrafię pływać takim jachtem? To chyba nie powinno być bardzo skomplikowane…

Przekręcił kluczyk. Kontrolki na pulpicie zamrugały i zapaliły się na zielono. Powyżej były trzy zegary. Uwagę Andrzeja przyciągnął wskaźnik poziomu paliwa. Mieli pół baku.

– Powinno starczyć – mruknął, choć nie miał pojęcia czy naprawdę tak było.

Obok stacyjki był czerwony przycisk z napisem START. Niewiele myśląc, wcisnął go. Silnik zareagował po chwili, gardłowym warkotem.

– Yes! – krzyknął Andrzej.

Jola podeszła ostrożnie do rufy i wychyliła się.

– Leje się woda z silnika! – zawołała.

– To pewnie chłodzenie! – odkrzyknął. 

Podał jej swój telefon.

– Trzymaj i patrz czy płyniemy we właściwym kierunku!

– A który to właściwy? – zapytała kobieta odbierając od niego smartfon.

– Gdańsk. Zaznaczyłem pinezką. Kierujemy się na Nowy Port. Przy Westerplatte.

Chwycił manetkę przyśpieszenia i przesunął ją powoli do przodu. Łódź ruszyła, lekko bujając się na falach. Andrzej skręcił kierownicę maksymalnie w lewo, i gdy zarys Helu pojawił się na prawym trawersie, wyprostował ster i zwiększył obroty.

– I co? – wrzasnął do Joli. – Dobry kierunek?

Ta machnęła tylko ręką, nie odrywając oczu od ekranu telefonu. Łódź wchodząc na coraz wyższe obroty, przeszła w ślizg, odbijając się od uderzających w nią fal. 

***

Powoli wpływali w Martwą Wisłę. Po prawej stronie mijali betonowy falochron. Po lewej widzieli wyłaniający się zza drzew pomnik Bohaterów Westerplatte. Andrzej zmniejszył obroty i obserwował uważnie okolicę.

Coś było nie tak. 

Przez całą drogę nie spotkali żadnej jednostki pływającej. Ani jednego statku czy żaglówki. W Nowym Porcie zauważyli zacumowany ogromny prom, ale nie widać było na nim żywego ducha. Towarzyszyły im jedynie rozkrzyczane mewy, które co chwilę opadały na nabrzeże, tłocząc się i walcząc między sobą. Jakby trafiły na rozsypany chleb czy inny pokarm. Andrzeja niepokoiło też to, że nadal nie było zasięgu w jego komórce. 

– Patrz! – krzyknęła nagle Jola, wskazując palcem na brzeg.

Od strony wielkiego parkingu, w stronę kłębiących się ptaków biegła sfora psów. Ujadając, wpadły na mewy, które z wrzaskiem poderwały się do lotu. 

– Co tam się dzieje? – mruknął zdziwiony Andrzej. – Skąd tyle bezpańskich zwierząt?

Psy zaczęły wściekle szarpać coś leżącego na ziemi i po chwili rozbiegły sie na wszystkie strony. Każdy z nich trzymał w pysku jakiś przedmiot. Z dystansu Andrzej nie potrafił określić co to było.

Płynęli blisko prawego brzegu. Gdy przed jachtem wyłonił się most, Andrzej przerzucił na wsteczny i wyhamował.

– Tutaj zacumujemy. Skocz na dziób i chwyć linę – polecił Joli.

Ta bez słowa komentarza wykonała jego polecenie. Brzeg był niski i porośnięty trawą. Pewnie w słoneczne dni zbierały się tutaj rodziny, chcąc w środku miasta skorzystać z uroków plażowania.

Gdy jacht zaczął szorować po dnie, Jola wyskoczyła zgrabnie na ziemię i rozejrzała się szukając miejsca do zaczepienia cumy.

– Tam! – Andrzej wskazał jej ogrodzenie sąsiadującego z trawiastą plażą parkingu.

Jola posłusznie owinęła linę wokół najbliższego słupka i zawiązała fantazyjny supeł.

– I co teraz? – zapytała towarzysza.

– Teraz spróbujemy zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. – Andrzej zeskoczył na brzeg i rozejrzał się uważnie.

– Słyszysz coś? – zapytał.

– Zupełnie nic.

– I to jest cholernie dziwne. Jesteśmy w środku dużego miasta, a słychać tylko ptaki i ujadające psy. 

W tym momencie chwycił się za tył głowy i syknął z bólu.

– Też masz wrażenie, że ktoś walił cię młotkiem w łeb? – zwrócił się do kobiety.

– Tak. – Jola mimowolnie dotknęła swojej potylicy. – Coś tam wyczuwam palcami – dodała z lekkim strachem.

– Pokaż! – Andrzej podszedł i odsunął jej krótkie blond włosy z szyi. 

Mniej więcej na środku, u podstawy czaszki, zauważył małą, zaczerwienioną bliznę. Dotknął jej palcami. Pod skórą wyczuł jakieś zgrubienie. Odruchowo zbadał to samo miejsce u siebie. Wrażenie było identyczne.

– Zobacz u mnie.

Dziewczyna podeszła do Andrzeja i obejrzała jego kark.

– Masz tam bliznę. 

Wyciągnęła telefon, zrobiła zdjęcie i podała aparat mężczyźnie. 

– To samo co u ciebie – potwierdził.

Przez chwilę milczeli. Od strony miasta dobiegło ich przeciągłe wycie psów. Pierwsza odezwała się Jola:

– Ktoś wszczepił nam jakiś implant. Może dlatego nic nie pamiętamy?

– Możliwe. – przytaknął ponuro Andrzej. – Tylko po co?

– Może to jakiś eksperyment? I ktoś nas obserwuje?

Znowu zapadła cisza. Przerwała ją kobieta.

– Na łodzi powiedziałeś „bljiadź”. Jesteś z Rosji?

– Nie wiem, kurwa, kim jestem! – wybuchnął gwałtownie. – Nie wiem nawet, czy mam na imię Andrzej! Powiedziałem, to powiedziałem. Nie ma co tego rozstrząsać.

Jola poczuła się urażona jego reakcją. Włożyła ręce do kieszeni kombinezonu i odwróciła się plecami do mężczyzny.

– Sorry – położył jej rękę na ramieniu. – Po prostu jestem skołowany tym wszystkim. Najlepiej będzie, jak pójdziemy do tego zaznaczonego na mapie punktu w centrum miasta. Może tam znajdziemy jakieś wyjaśnienie.

Dziewczyna burknęła coś niezrozumiałego w odpowiedzi, ale z powrotem odwróciła się do Andrzeja. 

– Wiesz jak tam dojść? – zapytała.

Wzruszył ramionami i wyciągnął telefon.

– GPS nam pomoże. Na szczęście to jeszcze działa. – odpowiedział i ruszyli po pochyłym brzegu w stronę ulicy Wiślnej.

Wspięli się na górę. Widok, który zobaczyli, ściął im krew w żyłach. W ciszę miasta wdarł się przeraźliwy krzyk Joli.

***

Wszędzie leżały trupy. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Zwłoki były na chodniku i w samochodach, stojących w bezładzie na ulicy. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę i wyłączył życie mieszkańcom Gdańska. Zgrozę budził też fakt, że niektóre ciała były niekompletne. Pourywane ręce i rozwleczone wnętrzności. Andrzej przypomniał sobie sforę psów widzianą z pokładu jachtu. Nagle zapragnął wrócić i odpłynąć jak najdalej od tego cmentarzyska. Ostry ból w głowie powrócił. Mężczyzna syknął i energicznie potarł kark. Nagle coś zwróciło jego uwagę.

Nienaruszone przez zwierzęta ciała, wyglądały na świeże. Było ciepło. Gdyby minęło kilka dni, w całym mieście unosiłaby się słodkawa woń rozkładu. Mężczyzna przykucnął przy zwłokach jakiejś nastolatki i dotknął jej nagiego ramienia. Było chłodne, ale nie zimne. Nie było też sztywne.

Nie minęło więcej niż sześć godzin – pomyślał. A zaraz przyszła kolejna refleksja. Tylko skąd ja o tym wiem?

Andrzej uniósł się i spojrzał na telefon. Wyznaczona marszruta biegła wzdłuż alei Płażyńskiego. 

– Chodźmy – powiedział cicho do kobiety i ruszyli na południowy zachód.

Po drodze nie spotkali ani jednego żywego człowieka. Szli w milczeniu, starając się omijać wzrokiem martwych ludzi. Najwyraźniej w trakcie ich obecności na morzu, nastąpił jakiś straszliwy kataklizm. W głowie Andrzeja była gonitwa myśli. 

Czy to tylko tutaj? A może cała planeta wymarła? Czy jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi? Dlaczego my żyjemy?

– Głodna jestem – poskarżyła się Jola.

Jej towarzysz przystanął i rozejrzał się po okolicy. W ciągu pawilonów dojrzał sklep spożywczy. 

Weszli do środka. Wewnątrz, podobnie jak na chodniku, leżały zwłoki. W powietrzu panował zaduch. Jola szybko przemknęła pomiędzy regałami i zgarnęła jakieś produkty. Andrzej spojrzał z wahaniem na stoisko z alkoholem. Podszedł i zabrał butelkę wódki. Czuł, że musi się napić. Pociągnął głęboki łyk i odetchnął głośno.

– A ty co, alkoholik? – zapytała kobieta, patrząc na niego krytycznie.

– A skąd mam wiedzieć – odciął się, zakręcając butelkę. – Spadamy stąd.

Po mniej więcej dwóch godzinach dotarli do celu. Przed nimi wznosił się nowoczesny, przeszklony biurowiec. Zatrzymali się i spojrzeli do góry. Był wysoki. Na oko z jakieś dwieście metrów. Jola zerknęła na mężczyznę:

– I co, przypomina ci się coś?

Ten zaprzeczył ruchem głowy i pociągnął łyk wódki. Kobieta z niezadowoleniem zmarszczyła brwi. 

– Chlejesz jak ruski – spojrzała na niego podejrzliwie.

– A skąd wiesz jak ruski chleje? – odparował tamten.

– Po prostu wiem – i nagle zmieniła temat. – Dlaczego tylko my przeżyliśmy? Bo byliśmy na morzu? Skąd się tam wzieliśmy?! – strzelała pytaniami.

Andrzej nic nie odpowiedział. Stał i ciągle mierzył wzrokiem budynek. Po chwili opuścił głowę i spojrzał na kombinezon kobiety. Na logo firmy telekomunikacyjnej. 

– Może ma to jakiś związek z siecią komórkową? Na dachu tego wieżowca na pewno są anteny nadawcze. Może tam coś znajdziemy.

Przesunęli z trudem obrotowe drzwi i weszli do budynku. 

Wewnątrz było duszno i gorąco. Najwyraźniej nie było zasilania i, podobnie jak drzwi, klimatyzacja też nie działała. Podeszli do opustoszałej recepcji. Za wielkim kontuarem zauważyli zwłoki. Andrzej podszedł do biurka ochrony i zaczął otwierać kolejne szuflady.

– Czego szukasz? 

– Kluczy. Musimy dostać się na dach, a pewnie nie można tam swobodnie wchodzić.

Przez chwilę przeglądał najrozmaitsze klucze, ale potrafił zidentyfikować właściwego. W ostatniej szufladzie znalazł reklamówkę i wsypał tam wszystko co znalazł.

– Musimy iść po schodach – wskazał na uchylone drzwi przy windach. 

Jola westchnęła i ruszyła we wskazanym kierunku.

Na dach doszli po około dwudziestu minutach. Obawy Andrzeja co do zamkniętego wejścia okazały się płonne. Drzwi były uchylone.

Na szczycie budynku widoczne były wysokie anteny oraz niewielka budka. Na jej ścianie widniało znajome logo sieci komórkowej. To samo co na ich kombinezonach. Podeszli bliżej. Drzwi były zamknięte na głucho. 

Andrzej sięgnął do reklamówki i kolejno próbował dopasować zabrane z ochrony klucze. Żaden nie pasował. Obeszli budkę i na jej południowej ścianie zobaczyli okno. Mężczyzna nacisnął na nie, ale nie ustąpiło. Zajrzał przez szybę do środka. 

Wewnątrz widać było biurko i laptop. Przy ścianie stała szafa.

– Musimy tam wejść – zadecydował. Wysypał klucze na ziemię i włożył rękę do reklamówki.

– Co chcesz zrobić? – zapytała Jola.

Andrzej nie odpowiedział, tylko uderzył łokciem w szybę, która roztrzaskała się w drobny mak. Oczyścił krawędzie z wystających kawałków szkła i wsunął się do środka. Po chwili otworzył drzwi.

– Właź – rzucił do kobiety.

W pomieszczeniu panował półmrok. Andrzej podszedł do laptopa i bez większych nadziei włączył go. Ku jego zaskoczeniu, na ekranie komputera pojawiło się żądanie hasła biometrycznego. W prawym górnym rogu klawiatury rozbłysł czytnik linii papilarnych. Mężczyzna zawahał się, po czym przyłożył do niego prawy palec wskazujący.

– Działa! – szepnął zaskoczony.

Jola zajrzała mu przez ramię.

– Udało ci się zalogować?

– Jak widać. – Usiadł przy biurku i zaczął przeglądać zawartość komputera. 

Otworzył przeglądarkę internetową. Próba wejścia w jakikolwiek link spełzła na niczym. Sieć była martwa. Przeszedł do historii nawigacji. Jeżeli zaznaczono użycie cache, była szansa na dostęp do zrzuconych na dysk stron internetowych. Jego uwagę zwróciła pozycja o tajemniczej nazwie X.KOM.Final. Kliknął. 

Na ekranie pojawił się dokument. Wyglądał jak raport końcowy wewnętrznego projektu badawczo-technicznego. 

PROCEDURA OPERACYJNA — „CISZA”

Raport końcowy / wersja 1 3.9

Data wdrożenia: 26 lipca 2025

Struktura operacji:

Główny nadajnik: Maszt AK-1 (lokacja: Olivia Star)

Wzmacniacz sygnału: Maszt JW-2 (lokacja: Górki Zachodnie)

Czas emisji: 11 minut i 14 sekund

Częstotliwość nośna: 1,27 GHz – pasmo wysokiej penetracji. Emisja neuromodulacyjna

Uruchomienie procedury:

Nadajnik główny aktywowany przez: inż. Andrzej Krawiec

Wzmacniacz sygnału aktywowany przez: Jolanta Walczak (operator terenowy)

Obie operacje zsynchronizowane manualnie w trybie offline. Po zakończeniu transmisji system przeszedł w tryb pasywny.

Autor raportu:

GenAI.Xkom.

Mężczyzna i kobieta patrzyli w milczeniu na ekran.

– O kurwa… – szepnął Andrzej. – To nasza operacja!

– Tylko dlaczego? Po co? !

– Nie wiem, może coś poszło nie tak?

– MOŻE???

– No raczej na pewno – zająknął się Andrzej. – Ale dlaczego my ciągle żyjemy. I jak znaleźliśmy się na jachcie? – Podrapał się po bliźnie na karku.

Jola znieruchomiała i dotknęła swojej szyi.

– To te implanty. Pewnie wytłumiły sygnał!

– No a jacht?

– Na morzu nie ma zasięgu, a przynajmniej nie tak silnego jak w mieście. Pewnie gdy zorientowaliśmy się, co zaszło, uciekliśmy jak najdalej od źródła emisji!

Andrzej spojrzał na nią uważnie. To brzmiało sensownie. Co prawda nie pamiętał kim jest, ale był przekonany, że na pewno nie bezwzględnym mordercą, który chciał wymordować mieszkańców Gdańska. A kto wie, może i całego kraju?

– Muszę wyjść. Duszno tutaj – powiedział i wstał od biurka. 

Na zewnątrz nie było dużo lepiej. Z nieba lał się żar, a w powietrzu coraz bardziej dawało się czuć nieprzyjemny zapach.

– Spójrz tam! – krzyknęła Jola, wskazując na górę. – Co to jest?

Andrzej podążył wzrokiem za jej ręką. Od strony morza zbliżało się coś do nich. Okrągły przedmiot. Coś jak wielka srebrzysta kula. Trochę spłaszczona po bokach. Obiekt leciał bezszelestnie, z ogromną prędkością. Gdy znalazł się nad wieżowcem, opadł i zatrzymał sie około dwadzieścia centymetrów nad dachem.

– Co to, kurwa, jest!? – Na twarzy mężczyzny malowało się bezgraniczne zdumienie. – Dron?

Ale nie był to dron. Na metalicznej powierzchni obiektu pojawił się prostokątny zarys, po czym ujrzeli wnętrze przedziwnego statku powietrznego. Ktoś tam stał i patrzył na nich. Postać była świetlista i trudno im było rozpoznać jej kształt. Nagle oboje usłyszeli w głowach czyjś głos.

– Rozpoznanie: Lena Walczuk i Andriej Krawczenko. Nosiciele. 

Andrzej i Jola nie mogli się ruszyć. Patrzyli przerażeni, jak postać wypływa z obiektu latającego i zbliża się powoli w ich kierunku. 

Co za Lena i Andriej? – w ich głowach pulsowała ta sama myśl.

To przecież wy! – Usłyszeli odpowiedź. Chociaż bardziej precyzyjne byłoby wyczuli. Świdrujący głos wydawał się być wytworem ich wyobraźni. Czymś nierealnym.

Kobieta spróbowała coś powiedzieć, ale jej wysiłki spełzły na niczym.

Po prostu pomyśl…

Kim jesteś? – Przez głowę Andrzeja przepłynęło pytanie zadane głosem Joli.

To nie istotne. Nie pojmiecie tego.

Co tu się do cholery stało! – w końcu i Andrzej zrozumiał na czym polega sposób komunikacji z istotą.

Postać lewitowała nad podłożem i zadawała się lekko bujać na boki.

Zostaliście wybrani jako nieliczni, godni pomóc w przygotowaniu naszego nowego domu.

Nie rozumiem – Andrzej zmaterializował myśl w swojej głowie.

No przecież mówiłem. Nie pojmiecie tego – w przekazie zabrzmiało coś w rodzaju irytacji połączonej z westchnieniem, podobnym do tego, gdy rodzic próbuje wytłumaczyć dziecku, że nie należy wkładać widelca do kontaktu.

Spróbuj to wyjaśnić – tym razem to była Jola.

No ok, ale to będzie krótka wersja, bo muszę dokonać ekstrakcji agentów. – ponownie dało się wyczuć zniecierpliwienie postaci.

Przybyliśmy z innego uniwersum. Nie będę tłumaczyć bo jesteście zbyt prymitywni żeby to zrozumieć. Nasz wszechświat umiera i szukamy nowego domu. Znaleźliśmy tę piękną planetę, ale zanim ją zamieszkamy, musimy pozbyć się szkodników – czyli ludzi. Wyjaśnione. – istota była wyraźnie zadowolona, że udało się tak zwięźle opisać sytuację.

Czekaj! Ale dlaczego my żyjemy? Jaka jest nasza w tym rola?

W sumie to nie jestem pewien. – przybysz wyraził jakby lekkie wahanie. Przyszedł rozkaz z centrali, żeby odnaleźć wskazanych ludzi, którzy są nosicielam naszych jaźni i tyle. W tej lokalizacji to byliście wy.

Jak to nosicielami jaźni? – zapytał Andrzej, a jego myśli popłynęły w kierunku blizn na szyi jego i Joli.

Dobrze kombinujesz! Wszczepiliśmy wam implanty naszych dwóch agentów. To oni przeprowadzili akcję. Wy jedynie byliście narzędziem.

Ale dlaczego właśnie my! I dlaczego zwróciłeś się do nas innymi imionami?

Istota przerwała swoje bujanie z boku na bok i zastygła na moment. Zupełnie jakby pobierała aktualizację oprogramowania z internetu.

Już wiem! Byliście „śpiochami”

Jakimi, kurwa, śpiochami! – Nawet w tym telepatycznym dyskursie dało się odczuć złość Andrzeja.

Nie wiem jakimi. W raporcie jest “rosyjskie śpiochy”. Przygotowani do przeprowadzenia dywersji.

Powoli zaczynali rozumieć. Byli nielegałami. Zesłanymi z obcego kraju do Gdańska. Mieli przygotować się do wykonania jakiegoś sabotażu. Praca przy krytycznej infrastrukturze telekomunikacyjnej była pewnie doskonałym przyczółkiem, a polskie imiona były tylko elementem ich legendy.

Ale dlaczego nic nie pamiętamy? – Tym razem wtrąciła się Jola.

Rany, ale wy głupi jesteście. Macie wszczepione implanty, które przejęły funkcjonowanie części waszego prymitywnego mózgu. Utrata pamięci to konsekwencja działania naszych agentów. Przy okazji, współczuję, że muszą koegzystować z takimi debilami jak wy. Na szczęście dla nich, za moment to się skończy. Trzeba tylko przeprwadzić ekstrakcję. – Tutaj istota wyraźnie się ucieszyła.

A jak ich usuniesz, to wróci nam pamięć?

Trochę tak, ale w sumie to nie będzie miało dla was większego znaczenia.

Andrzej, pomimo paraliżu całego ciała, miał wrażenie, że włosy stają mu dęba. Już miał coś pomyśleć, gdy przypłynął przekaz od Joli:

Jak to nie będzie miało znaczenia?!

Przybysz nie zareagował telepatią, tylko wykonał nieokreślony gest, czymś co można by nazwać ręką i wycelował ją w ich kierunku. Mężczyzna i kobieta opadli bez życia. Po chwili ich ciała rozpadły się w pył. 

Zapadła cisza.

Na ziemi zostały dwa niewielkie przedmioty. Postać uniosła je telekinetycznie i wycofała się do srebrnego statku. Gdyby Andrzej i Jola jeszcze istnieli, wyczuliby głębokie zadowolenie przybysza oraz jego myśl:

Musicie mi koniecznie opowiedzieć, jak tu jest! Reszta roju nie może się już doczekać.

Dodaj komentarz