– Tato, opowiedz, jak wygląda świat. Opowiedz o Kolumnach – Marek miał cichy głos, niemal szeptał.
Tomasz spojrzał uważnie na niego i powiedział:
– Synku… Prawda o świecie nie jest taka, jak chcą, żebyśmy wierzyli. To, co nazywamy kolumnami, to filary Świata — Święte Podpory, które Prastary Zarodnik wyhodował, by nas chronić.
– A co jest ponad nimi?
– Ponad nimi rozciąga się Czerń. Wielka, nieprzenikniona, wieczna. Niektórzy mówią, że jest pusta. Inni, że żyje. Ale wszyscy wiedzą jedno — kto raz wszedł w Czerń, ten już nie wraca.
– A Prastary Zarodnik?
– On śpi pod nami, głęboko w Ziemi. Jego strzępki oplatają wszystko, sięgają po wodę, ciepło, pamięć. Kiedyś byliśmy z nim złączeni — myślami, snami, zarodnikami. Ale potem nadeszło Pęknięcie. I Czerń się zsunęła z góry, zagłuszając Głos Korzenia.
Tomasz zniżył głos, niemal do szeptu.
– Są jednak tacy, którzy słyszą go czasem… przez innego. Przez Tego–który–lśni–śladem.
– Kogo? – Marek zamarł, czekając na ciąg dalszy, pomimo, że doskonale wiedział, że chodzi o Boskiego Posłańca.
– Istotę bez oczu, bez ust, pełzającą powoli wzdłuż Kolumn. Jego ślad zostawia blask. Mówi się, że jest Boskim Posłańcem Prastarego. Że przynosi sny z dawnych czasów, zanim pojawiły się sami-wiecie-kto…
– Olbrzymy? Są naprawdę? – przerwała Julka, młodsza siostra Marka.
Ojciec spochmurniał.
– Nie wolno o nich mówić głośno. Ale skoro pytasz… Są tacy, co wierzą, że z Czerni czasem zstępują istoty. Podróżują między kolumnami, cicho, bez śladu. Porywają tych, którzy nie zdążyli się przed nimi ukryć. Wyrywają ich i unoszą do Góry. Tam, gdzie kończy się świat.
– Ale po co? – Głos Marka drżał z ekscytacji.
– Żeby pożreć nasze sny. Nasze historie. Nasze dzieci. Dlatego mówienie jest niebezpieczne. Dlatego starsi przekazują wiedzę tylko szeptem, tylko po zmierzchu, kiedy Czerń jest najłagodniejsza. Każde słowo to dźwięk, a każdy dźwięk może przyciągnąć Ucho.
– A kiedy wróci Prastary?
– Kiedy Czerń popęka. Kiedy kolumny zadrżą. Kiedy zarodniki zaczną śpiewać wspólnie pieśni. Wtedy ziemia się otworzy. I z niej wypłynie myśl. I wtedy… znów będziemy Jednym.
– Dałbyś już spokój! – fuknęła na Tomasza żona. – Miałeś nie opowiadać tych strasznych historii dzieciom!
– A Grześ mówił, że nad kolumnami jest jasno. I, że są kolumny z dziuplami, gdzie mieszkają sami-wiecie-kto. – Marek jakby nie słysząc matki, dalej był głodny prawdy o świecie.
Tomasz parsknął.
– Grześ to głupi dzieciak. Słucha wszystkiego, co mu inni nagadają. Taki niebieski ptak, co fruwa z kolumny na kolumnę i opowiada brednie.
– A co się stało z naszymi sąsiadami? – zapytała nagle Julka. – Jeszcze wczoraj widziałam ich, o tam – spojrzała w kierunku szarej kolumny obrośniętej Zieloną Szatą Prastarego.
Tomasz zamilkł. Zrobiło się jakoś cicho i przerażająco.
– Ich już nie ma wśród nas – powiedział cicho. – Zostali zamordowani. Dzisiaj, podczas Pory Skraplania.
– Wszyscy? Cała rodzina? Przecież mieli troje dzieci – Julka zaniosła się płaczem, a Marek zapytał trwożliwie:
– Czy mordercy mogą wrócić po nas?
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
– Nie. Już nie. Jesteśmy bezpieczni – skłamał Tomasz.
Leżący na Szacie Prastarego liść zadrżał i opadł pod wpływem wiatru. Od mamy bił od niepokój.
– Coś się zbliża – szepnęła.
Ziemia zadrżała. Niewidzialna siła przetoczyła się tuż obok. Marek cały się trząsł.
– Tato… co to za dźwięk?
– Cisza! – syknął Tomasz.
Potem wszystko wydarzyło się w sekundach.
Potworna siła spadła na nich. Rozległ się trzask i odgłos rozrywanego ciała. Głowa Tomasza została porwana do góry. Po chwili spadła z obrzydliwym plaśnięciem. Julka i Marek zawyli w przerażeniu tuląc się do matki.
W powietrzu usłyszeli niskie brzmienie, które przypominało pomruk Korzenia, ale z fałszem – brutalne, nieczyste. To był Głos Tego-Który-Niszczy, ociężały, miażdżący, wibrujący aż do zarodników. Usłyszeli serię grzmotów. Jedne były niskie i basowe, inne jakby wyższe.
Nad struchlałą rodziną przetoczył się cień i coś porwało resztki Tomasza jak zabawkę.
– Tato?! Gdzie tata?! – wrzasnęła Julka.
– Zostawcie nas! NIC wam nie zrobiliśmy! – krzyknęła matka.
Nastąpiła chwila ciszy. Nagle coś potwornie wielkiego pojawiło się nad nimi i chwyciło za głowę matki. Dwa Przeklęte Kłącza — palce Olbrzyma — ścisnęły ją i zmiażdżyły. Nie było żadnego jęku, tylko odgłos podobny do tego gdy Ten–który–lśni–śladem, boski posłaniec, prześlizguje się po Kolumnie. Głowa matki opadła przy dzieciach. Julka próbowała krzyczeć, ale głos jej zamarł. Marek stracił przytomność. Zapadli się w Czerń.
***
– Mama, Tata! Patrzcie, jaka rodzinka! – pisnęła pięcioletnia Kasia i sięgnęła po wielki kapelusz.
– Zostaw, może być trujący – powiedziała mama.
– Bleee! – Kasia wykrzywiła się i rzuciła urwany fragment grzyba na ziemię.
Tata podszedł, zerwał resztki. Obejrzał uważnie i krzyknął:
– Nie, to koźlarz czerwony. Będzie pyszny.
Kasia chwyciła mniejszy. Kapelusz rozpadł się w jej dłoni. Wstrząsnęła się z obrzydzeniem i kopnęła pozostałe dwa małe grzybki.
– Fuuuj. Nienawidzę takich miękkich!