Doris

Neon klubu „HEDRON” migał czerwono-fioletowym światłem. Przed wejściem stał wielki ochroniarz. Zebrani przy drzwiach ludzie napierali na barierki, próbując wtargnąć do środka.

– Klub jest dzisiaj zamknięty – burczał bramkarz – wynocha stąd. Jutro o dwudziestej będzie otwarcie.

– A ja widziałem, że jakieś laski tam wchodziły – wrzasnął chudy, wyglądający jakby był na heroinowym haju młodzieniec. Stał w miejscu i wykonywał jakieś kwadratowe ruchy rękoma.

Kafar spojrzał na niego ciężko, a ktoś z tłumu krzyknął:

– Jak se wszczepisz neuroblipa i cycki ci urosną to też cię wpuszczą. Na lody!

Tłum zaryczał ze śmiechu. 

Wszyscy wiedzieli, że nie ma szans na wejście, ale każdy chciał tu być. Zobaczyć słynny Hedron, który wstaje jak feniks z popiołów. Za czasów Antona Traska, było to kultowe miejsce. Całonocne imprezy i najlepszy towar w mieście. I to nie wyłącznie prochy! Czarnorynkowe wszczepy, syntetyki, nielegalne holoczipy – wszystko, dzięki czemu można odmienić szarą egzystencję w odjechany trans. Po nagłej śmierci bossa półświatka, jego biznes się posypał. Trask trzymał silną ręką frakcje gangów, ale gdy go zabrakło, zaczęła się wojna. Zupełnie nieoczekiwanie, wygrał ją Gerard. Kiedyś popychadło w przestępczej familii Antona, a dzisiaj król miasta. W nieznany nikomu sposób przejął przestępcze kontrakty Trasków i po dwóch latach stanął na czele nowej grupy trzymającej władzę.

Gerard nie był napakowanym mięśniakiem. Nie potrafił się nawet bić. Zanim dołączył do Traska, był żałosnym Gienkiem z dzielni, który musiał nadrabiać fizyczne deficyty sprytem i kombinatorstwem. I w tym osiągnął mistrzostwo. Manipulował, szczuł frakcje, jedną na drugą. Kłamał, konfabulował, kradł, a nawet zabijał. Ale pokryjomu. Nie w otwartej walce. No i teraz miał dostęp do bajecznej fortuny swojego byłego patrona. Rządził miastem niepodzielnie.

W klubie panował lekki rozgardiasz. Kręcili się fachowcy montujący sprzęt oświetleniowy, barmani ustawiali różnokolorowe butelki z alkoholem, a półnagie panienki przenosiły jakieś pudła. Z zawieszonych pod sufitem głośników dudniła agresywna muzyka. Na to wszystko, z usytuowanej na półpiętrze strefy VIP patrzył Gerard. Rozwalony na skórzanej kanapie, sączył z pękatej szklanicy Synthmalt Cor – najdroższą w kraju whisky. Po obu stronach króla siedziały przylepione do niego skąpo odziane laski. Znudzony wyraz twarzy Gerarda zmienił się na widok nadchodzącego Bepopa. Przybocznego na królewskim dworze.

– Sie ma głąbie – rzucił Gerard do kumpla. Wyciągnął rękę i przybił z nim żółwika. – Wszystko gotowe na jutro? Nie spierdoliłeś czegoś jak zwykle?

– Sie ma szefie. Otwarcie będzie w pytę. Najlepszy synt-koks, holoczipy jakich nie widział jeszcze nikt i panienki prima sort. Revolta ma przysłać swoje dziewczyny. 

– Revolta mówisz. No to w pizdeczkę. A zaproszenia poszły? – Gerard patrzył badawczo na Bepopa.

– Szefie, poszły! Głównym kanałem przez wszczepy. Kto miał dostać to już ma imprint w mózgownicy. Będzie z pićset luda.

– No i git! To ma być, kurwa, wydarzenie roku! Daj też cynk do innych burdeli. Sama Revolta nie wystarczy. Tylko, żeby jakieś popsute dziwki nie przyszły. Przeskanujcie je wcześniej. Jak którejś biometria odbiega od normy – won na bruk. Albo odrazu do kasacji. Nie potrzebuję zmutowanego syfu na otwarciu.

– Sie wie szefie – Bepop energicznie przytaknął. – Będzie, kurwa, kwiat ulicy!

Obaj zarechotali. Szef łaskawie skinął na barmana, który z prędkością błyskawicy dostarczył przybocznemu króla szklankę Synthmalta.

– Kto wie – rzucił nagle Gerard – może jakąś królową sobie na tych baletach znajdę!

***

– Matka, słyszałaś co na mieście mówią? – Marla siedziała przed lustrem i aplikowała sobie nowy wszczep. NeuroLust X.3. Gwarantowane zestrojenie fal mózgowych z klientem. Idealne do erotycznego role-play!

            Matka Nirra weszła po schodach do pokoju córek. Pomimo swoich stu lat, wyglądała i poruszała się jak luksusowy android. No, może lekko przestarzały. Neurolinki dawnej generacji nie pozwalały jej na kocie ruchy, ale też nie musiała już prezentować nikomu swoich wdzięków. Prowadziła z powodzeniem wysokiej klasy burdel na przedmieściach. Stała klientela, żadnych analogów. Wyłącznie dobrze sytuowana klasa średnia i wyższa, które stać było zarówno na wszczepy jak i na usługi dziewcząt pracujących w domu rozkoszy „Virelia”.

            Nirra lubiła mówić, że do wszystkiego doszła sama. Nie była to do końca prawda. Gdyby nie zmarły mąż, słynny boss narkotykowy Anton Trask, byłaby na dnie. Przygarnął ją, bo chciał, żeby jego córka miała kogoś na kształt matki, a Nirra skwapliwie obiecała, że zajmie się Dorotką. Trask sypnął funduszami, a kobieta, razem ze swoimi córkami Carlą i Marlą zamieszkały w pałacu Antona. Po jego śmierci musiały się szybko ulotnić, bo zrobiło się dość niebezpiecznie. Na szczęście Nirra miała dużo kredytów. Na tyle dużo, że kupiła elegancki dom na przedmieściu i otworzyła luksusowy burdel. Córki zajęły przynależne im z urodzenia miejsca pierwszych kurew przybytku, a z pasierbicy Nirra zrobiła posługaczkę. Służącą dla Carli i Marli.

            – No i co na mieście gadają? – Nirra podeszła do córki i krytycznym wzrokiem oceniła jej wygląd. – Daj więcej pudru, bo ci złącza na policzkach widać!

            Marla zerknęła w lustro i zmarszczyła brwi. Wyregulowała poziom makijażu. Teraz było idealnie. Klienci lubią gdy dziewczyna wygląda jak analog.

            – Gerard jutro otwiera na nowo Hedron!

            – To akurat żadna tajemnica – żachnęła się matka.

            – Ale podobno będzie tam żony szukać. Swojej Królowej. – Ostatnie słowo Marla wymówiła z nabożeństwem.

            Do pokoju wpadła Carla.

            – Gerard kurwy szuka? Wielka mi nowina! – prychnęła z pogardą. – On codziennie zmienia panienki!

            – Nie kurwy ale żony – poprawiła ją siostra. – Królowej!

            Oczy Carli rozszerzyły się z wrażenia. Miała jeszcze swoje własne. Na syntetyki nie było jej jeszcze stać.

            – Coooo? Trzeba będzie wyglądać jak milion kredytów!

            Matka Nirra zmrużyła oczy. Trybiki w jej głowie pracowały na najwyższych obrotach. 

            – Wystarczą nowe wszczepy. Skontaktuję się z Kasjanem. Wisi mi kasę i coś tam wspominał, że ma dostęp do najnowszego Feromind’a. Żadna laska w mieście jeszcze tego nie ma.

            – To ten słynny eliksir miłości? – Marla aż klasnęła dłońmi.

            – Nie eliksir ale emiter strojący się z układem limbicznym faceta. Można gościa ustawić tak, że w pięć sekund zakocha się w dziewczynie.

            – A która z nas go dostanie? – zapytała podejrzliwie Carla? – Czy może zdobędziesz dwa?

            – Się zobaczy – Matka Nirra ucięła dywagacje córek. – Wołajcie mi tu Dorotę. Ma się odstawić na bóstwo. Jak Gerard zobaczy, że macie takiego niechluja za służącą, to na pewno nie zainteresuje się żadną z was.

            – Dorota! – wydarła się Marla. – Dymaj na górę, ale już!

            Po chwili na piętrze pojawiła się wysoka i jasnowłosa dziewczyna. Weszła do pokoju z lękiem wymalowanym na ładnej twarzy. W okolicy jej uszu i szyi widać było puste gniazda do wszczepów. Była analogiem. 

            – Dzień dobry matko. Dzień dobry siostry. – przywitała się Dorotka. – Pokoje posprzątałam i przygotowałam na spotkania z klientami. Czy o czymś zapomniałam? – W głosie dziewczyny słychać było napięcie.

            – Na sto, kurwa, procent zapomniałaś! – Carla dźgnęła ją boleśnie kościstym palcem w ramię. – Uzupełniłaś zapas alko w barku?

            – Tak – odpowiedziała cicho Dorotka.

            – A zmieniłaś pościel?

            – Tak.

            – A …

            – Zamknijcie w końcu mordy! – wrzasnęła na córki matka Nirra, po czym zwróciła się do Doroty:

            – Jutro idziesz z Carlą i Marlą do Hedronu. Masz się ubrać w coś odpowiedniego do klubu! Jak mi przyniesiesz wstyd to ci usmażę mózg uszkodzonym wszczepem! A teraz spierdalaj do piwnicy.

            Przerażona dziewczyna dygnęła i zbiegła do swojego pokoiku w suterenie.

***

– W co ja się ubiorę! – zachodziła w głowę Dorotka. Nie miała pięknych strojów, nie miała wszczepów, które mogły pomóc jej zmienić wygląd. Nie miała też pieniędzy.

            Ona mnie zabije! – pomyślała ze strachem. A Marla i Carla w tym pomogą.

            Nagle o czymś przypomniała sobie. Szkatułka! Jedyna rzecz, która została jej po śmierci ojca. Tata przeczuwając, że coś się wydarzy, dał jej to kilka tygodni wcześniej. Wręczając prezent córce, powiedział:

            – Jeżeli mnie zabraknie, a będziesz w potrzebie, otwórz to puzderko. Znajdziesz tam rozwiązanie swojego problemu.

            Wtedy Dorotka nie traktowała serio prezentu taty. Miała szesnaście lat i żyła w luksusie. Pudełeczko wrzuciła do szuflady i praktycznie zapomniała o jego istnieniu. Teraz jednak myśl o tej jedynej pamiątce po ukochanym ojcu eksplodowała w jej głowie. Podeszła do niewielkiej komody, w której trzymała rzeczy osobiste i wyciągnęła z szuflady małe zawiniątko. Z drżącym sercem odpakowała złoty pojemnik. Na jego górnej ściance zobaczyła czytnik linii papilarnych. Przyłożyła palec wskazujący. W pudełeczku coś cicho zgrzytnęło i wieczko odskoczyło.

            Czy to pieniądze? Albo klejnoty? Bardzo by sie przydały, żeby kupić coś do ubrania. A może starczyłoby na jakiś wszczep?

            Na dnie pudełka leżała mała kartka z zanotowanym numerem. Pod spodem widniało słowo „WOLF”.

            Dorotka patrzyła na pudełko przez dłuższą chwilę.

            Co to za numer? I kto albo co to jest ten WOLF? – myślała gorączkowo. Dlaczego tata nie zostawił mi pieniędzy tylko jakąś głupią kartkę!?

            Dorotka jednak wiedziała, że jej tatuś nie robił niczego bez powodu. Jeżeli w szkatułce był numer, to musiała pod niego zadzwonić. Pozostawał jeden problem. Dziewczyna nie miała żadnego wszczepu komunikacyjnego! 

            Nagle wpadło jej do głowy rozwiązanie: Unikom w holu!

            Używali go klienci gdy chcieli anonimowo korzystać z usług dodatkowych „Virelli”. Podekscytowana Dorotka wyszła na paluszkach z piwnicy i skierowała się do długiego korytarza, prowadzącego od drzwi wejściowych do recepcji. Mniej więcej w połowie drogi na ścianie zamontowano konsolę unikomu. Z wyższych pięter dochodziła nastrojowa muzyka. Wszystkie dziewczyny pracowały, a matka Nirra pewnie chrapała w swojej sypialni.

            Dorotka uruchomiła protokół komunikacyjny i wprowadziła zapisany na kartce numer. Na ekranie pojawił się napis: „Czekaj na połączenie” i po chwili usłyszała cichy, męski głos:

            – Zejdź natychmiast do swojego pokoju. – po czym połączenie urwało się.

***

Gdy Dorotka weszła do swojej małej klitki, z przerażeniem zobaczyła, że stał tam obcy mężczyzna.

            Czy to klient pomylił drogę? – pomyślała w popłochu. Będzie się teraz do mnie dobierać?

            Mężczyzna patrzył się na nią w milczeniu. 

            – Kim pan jest!? Skąd się pan tu wziął? – Dziewczyna nabrała odwagi i postanowiła tanio nie oddać swojej cnoty. Chwyciła leżący na stole widelec i przybrała bojową postawę.

            Na ten widok nieznajomy wybuchnął śmiechem. Po chwili odezwał się:

            – Nieodrodna córeczka Antona! – po czym dodał: – Nazywam się Wolf. A jestem tutaj bo mnie wezwałaś. Ja rozwiązuję problemy.

            – Czy my się znamy? – zapytała oszołomiona dziewczyna. – I jak zdołałeś tak szybko tu dotrzeć?

            – Znamy się bardzo dobrze. – Wolf pokiwał głową. – Byłem doradcą twojego ojca. Poza tym szkoliłem cię w sztukach walki. Krav-maga, karate, brazylijskie ju-jitsu. Byłaś moją najlepszą uczennicą. A co do drugiego pytania, to akurat byłem w pobliżu – mężczyzna usmiechnął się beztrosko.

            – Ale ja nie umiem walczyć. I nie pamiętam cię!

            – To dlatego, że Anton postanowił ukryć twoje umiejętności. Podobnie jak pieniądze dla ciebie. Przed ucieczką z pałacu ojca zaaplikowałem ci neurobloker, który wygasił twoją pamięć i wszystko czego cię nauczyłem. A byłaś morderczo dobra! – uśmiechnął się doradca Traska.

            Dorotce zakręciło się w głowie. O co tu chodzi! Spojrzała na Wolfa. Nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek go spotkała! A tym bardziej, że spędzała z nim czas na treningach sztuk walki. 

Oboje trwali w kłopotliwym milczeniu, aż w końcu pierwszy odezwał się tajemniczy nieznajomy.

– Jak mogę ci pomóc Doris?

– A kto to jest Doris? – zdziwiła się dziewczyna.

– Przepraszam! Nazywałem cię tak gdy trenowaliśmy razem. Bardzo lubiłaś to imię.

Dorotka westchnęła tylko i opowiedziała Wolfowi o zaistniałej sytuacji. Mężczyzna słuchał uważnie, a gdy dziewczyna skończyła, powiedział:

– Myślę, że mogę ci pomóc. Czekaj na mnie w swoim pokoju. Przyjdę jutro o czwartej po południu.

I zniknął.

Teraz zrozumiała. To był hologram. To dlatego Wolf pojawił się u niej tak szybko!

***

Dorotka od rana czekała w napięciu. Myślała z niepokojem, czy doradca jej ojca wypełni swoje zadanie i dostarczy odpowiedni strój na wieczorną imprezę w Hedronie. Ze strachem myślała o tym, co jej zrobią Carla i Marla, gdyby wczorajsze spotkanie okazało się tylko jakąś senną marą. Bo w istocie Dorotka zastanawiała się, czy właśnie tak nie było! Tajemniczy wysłannik, uśpione umiejętności, sztuki walki, treningi… A jeżeli to był tylko sen? 

Marla i Carla co chwilę wzywały ją do siebie pod byle pretekstem. A to miała wypolerować biżuterię, a to pozamiatać całe piętro. Dziewczyna wiła się jak w ukropie zmieniając brudną pościel, zbierając porozrzucaną bieliznę sióstr. Jak to dobrze, że matka Nirra zamknęła dzisiaj dom Rivalia. Gdyby do tego doszło przygotowywanie pokoi dla klientów, Dorotka nie miałaby szans na wymknięcie o czwartej do swojej komórki w piwnicy.

O wyznaczonej godzinie czekała w pokoju. W pewnym momencie usłyszała ciche pukanie do drzwi. Otworzyła i ujrzała Wolfa. Tym razem nie był to hologram, ale żywy człowiek. Przyjrzała mu się dokładniej. Miał na sobie skórzany kombinezon, a przez ramię przewieszoną niewielką sportową torbę. Wyglądał na około sześćdziesiąt lat. Jego poorana bliznami twarz sprawiała ponure wrażenie, ale Dorotka nie czuła strachu. Wręcz przeciwnie. Podświadomie wiedziała, że ten stojący w drzwiach człowiek, to jedyna na tym świecie przyjazna jej osoba.

– Nie wiesz tego, ale jestem twoim chrzestnym – powiedział Wolf wchodząc do jej skromnego pokoju. – Więc zastępuję twojego ojca.

– To gdzie byłeś przez ostatnie dwa lata!

Na obliczu mężczyzny pojawił się cień.

– Musiałem pozostać w ukryciu. Morderca Antona ciągle mnie ściga.

– Morderca taty! – Dorotka stłumiła okrzyk. – Kto to jest? – zapytała już szeptem.

– Zaraz wszystko będzie jasne.

Wolf wyciągnął z kieszeni mały pen, jaki zwykle stosuje się do aplikacji neurodragów.

– Za chwilę podam ci neutralizator blokera. Wróci ci pamięć i wszystkie umiejętności. Niestety, działanie środka ograniczone jest do kilku godzin, więc około północy musisz wrócić do domu. Jutro dostarczę ci wszczep, który na stałe przywróci dawną Doris.

To mówiąc, przystawił aplikator do szyi Dorotki i lekko docisnął do skóry. Rozległ się cichy trzask. Wolf odsunął się od dziewczyny i spokojnie czekał na działanie specyfiku.

Oczy Dorotki rozszerzyły się. Oddech urwał na chwilę, jakby coś w środku niej pękło i jednocześnie zaczęło się składać na nowo. Z początku była tylko cisza – głucha, rozciągnięta jak napięta struna. Potem przyszło mrowienie. Zaczęło się w karku, przetoczyło przez plecy, ramiona, a potem rozlało się po całym ciele niczym fala ciepła.

Poczuła, że jej mięśnie stają się inne – sprężyste, gotowe. Jakby ktoś rozluźnił zaciskające je przez lata kajdany. Kręgosłup się wyprostował, łopatki cofnęły, a ciało wyraźnie przeszło w stan gotowości bojowej, jak u dzikiego zwierzęcia, które wreszcie zostało wypuszczone z klatki.

Zaczęły wracać obrazy. Najpierw rozmazane, jak przez brudną szybę. Szerokie schody z czarnego marmuru, krew ściekająca po stopniach. Okrzyki. Wystrzały. Jej ręka zaciskająca się na broni. Ojciec… Anton Trask. Widziała, jak rzuca się do walki, jak broni jej pleców. A potem pojawił się Gerard.

Tak, to był on. Wyszczerzony jak szczur, który właśnie dorwał się do sera. Z pistoletem wymierzonym prosto w plecy Antona. Jeden strzał. Bez ostrzeżenia. Bez honoru. Ojciec osuwa się na ziemię, a ona… ona krzyczy. 

Spojrzała na Wolfa.
– Już wiem, kim jestem – powiedziała twardo.
– Witaj z powrotem, Doris – odpowiedział z cieniem uśmiechu.

– Zabiję dzisiaj tego pierdolonego chujka, Gerarda – Doris oblizała drapieżnie wargi – a potem te cipy Marlę i Carlę.

– Ani mi się waż! – ostrzegł ją Wolf. – Najpierw musisz dostać wszczep. Bez tego, twoje umiejętności szybko wygasną i obstawa króla zabije cię.

– To co mam twoim zdaniem robić?! – syknęła dziewczyna. – Uśmiechać się i usługiwać tym pizdom? Albo nadstawiać dupy mordercy mojego ojca?

Na twarzy Wolfa pojawił się krzywy uśmieszek. To była Doris, jaką znał. 

– Po pierwsze to musimy zadbać o to, żeby Gerard cię nie rozpoznał. – Wyciągnął z torby niewielki przedmiot i wsunął go w jedno z gniazd na szyi dziewczyny. 

– To morphface. Modyfikuje rysy twarzy i dodaje tatuaże. Nikt cię nie rozpozna. Ani matka Nirra ani jej głupie córki. Nawet jak się zbliżą do ciebie na odległość ostrza. 

– Ale przecież one będą wiedzieć, że to ja. Przecież do Hedronu mam iść z nimi.

– Uruchomisz wszczep dopiero w klubie. Wejdziesz do łazienki jako Dorotka a wyjdziesz jako Doris. Te głupie baby nie zwrócą na ciebie uwagi.

Doris uśmiechęła się paskudnie.

– Po drugie, musisz w jakiś sposób zwabić Gerarda tutaj. Najlepiej następnego dnia po imprezie w klubie. Masz go oczarować tak, żeby szukał cię po twojej ucieczce o północy. Gdy cię znajdzie – zabijesz go. Będzie miał tylko standardową obstawę. Tego debila Bepopa i jakiegoś karka. Dasz sobie z nimi radę.

Dziewczyna chłonęła w milczeniu słowa Wolfa. Ten sięgnął ponownie do torby i ciągnął dalej.

– Mam dla ciebie pamiątkę od ojca. – Pokazał jej mały złoty przedmiot. – To kastet, zrobiony na wymiar. Pasuje do twojej lewej dłoni. – Mężczyzna chwycił jej rękę i nasunął broń na palce.

Dorotka od urodzenia miała zniekształcony lewy palec serdeczny. Był nieproporcjonalnie mały i wąski. Drugi otwór w kastecie idealnie pasował do chromego palca dziewczyny.

– Uciekając z klubu przypadkowo zrzucisz kastet na podłogę. Gerard na pewno go znajdzie i nie spocznie zanim nie dopasuje do niego właściwej rączki.

Doris oglądała złoty przedmiot. Na jego wewnętrznej stronie zobaczyła wygrawerowany symbol domu Trasków. Grawerunek był ledwie wyczuwalny pod opuszkami palców. W jego centrum znajdował się stylizowany kruk o dwóch głowach – jedna organiczna, druga mechaniczna.

– Corvus Gemini – wyszeptała dewizę rodu ojca. – Bliźniaczy kruk.

– Caro et ferrum – jak echo odpowiedział starym odzewem Wolf.

Zapadła chwila milczenia. Przerwał ją doradca Traska. Po raz trzeci sięgnął do torby i wyciągnął jakieś skąpe szmatki

– Tutaj masz strój. Będziesz wyglądać jak kurwa, ale w ten sposób nie wyróżnisz się z otoczenia.

Doris wzięła od niego wieczorową kreację i obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem.

– Niby to mam założyć?

Wolf kiwnął głową i dodał:

– Będę czekać na ciebie tutaj o pierwszej w nocy. – Cicho wyszedł z mieszkania Dorotki.

***

– Co to za mina?! – Marla wrzasnęła na Doris, która weszła do głównego salonu domu Virelia z tacą pełną kieliszków i karafką z winem .

Doris skinęła lekko głową i podała naczynia na stół. Usiłowała nie patrzeć na siostry, choć w środku aż ją rozsadzało od triumfu.

– Widzicie ją! Jaka dumna i rozpromieniona! Ty kurwo analogowa! Miałaś nam usługiwać na imprezie! A ty głupia cipo zniknęłaś gdzieś nagle!

– A widziałaś jak ta laska lepiła się do króla? – rzuciła rozwalona na fotelu Carla. – Prawie mu jęzor do żołądka wsadziła! Matko, wiesz kto to był?

Nirra, stała w milczeniu przy oknie. Po chwili odezwała się lodowatym tonem:

– Przecież nie było mnie tam, ty durna pipo. Ale się dowiem. A ty mała gnido – zwróciła się do Dorotki. – pożałujesz swojego zachowania. W tym domu nieposłuszeństwo karane jest bardzo boleśnie. Przekonasz się o tym wieczorem!

Doris pochyliła głowę jeszcze niżej. W jej oczach błyszczało rozbawienie. Przez ułamek sekundy widziała w myślach ten moment:

***

Światła Hedronu pulsowały jak serce sztucznego boga. Muzyka dudniła ciężkim basowym groovem. Gerard siedział na skórzanym tronie. Gdy Doris weszła – z nową twarzą, złotym tatuażem na szyi i chodem pantery – zamilkł.

Jego dłonie, dotąd przyklejone do ud i piersi dziewczyn z Revolty, opadły. Wstał i podszedł do niej. Przechylił głowę jak drapieżnik przed skokiem.
– Ty to kto? – zapytał z błyskiem w oku.
– Doris – wyszeptała namiętnie.

– Chcę cię mieć – mruknął, nie zwracając uwagi na Marlę i Carlę, które dreptały z boku jak podrygujące hologramy.

Potem tańczyli. Blisko. Czuła jego rękę na krzyżu, czuła, jak wzrokiem przeszywa każdy centymetr jej skóry. Czuła jak wzbiera w niej nienawiść i żądza krwi. Z trudem powstrzymywała się, żeby nie skręcić bydlakowi karku. 

Gdy na zawieszonym pod sufitem klubu zegarze wybiła północ, odsunęła się gwałtownie.


– Muszę iść – rzuciła.
– Czekaj! – krzyknął, ale ona biegła już do wyjścia. 

Przed opuszczeniem klubu zdążyła jeszcze upuścić na podłogę złoty kastet. Zniknęła w tłumie. A w pokoju, w domu Viralia czekał na nią Wolf i wszczep, który miał zmienić wszystko.

***

– Podobno król chce odnaleźć tajemniczą dziwkę z balu – powiedziała kpiąco Marla. – Będzie szukał dziewczyny, która pasuje do kastetu. Był tak nawalony synthem, że nie zapamiętał twarzy.

            – Może nam się uda? – Carla spojrzała na swoje potężne łapska. – Czy ten kastet wejdzie na moją rączkę? 

            – Chyba jak włożysz ją do miksera – zachichotała Marla i wyciągnęła swoją rękę przed siebie. – O to dłoń królowej.

Doris skłoniła się głęboko i wyszła. W korytarzu jej oczy znów błysnęły. Wszystko poszło według jej planu. Pozostało tylko czekać na przebieg wydarzeń.

Wieczorem do Domu Schadzek Viralia przybył Gerard. Król miasta. Towarzyszył mu Bepop i dwóch osiłków. Matka Nirra zbiegła szybko po schodach i otworzyła podwoje swojego przybytku.

– Witam, witam Gerardzie! To już będzie chyba ze dwa lata od kiedy widzieliśmy się ostatnio.

– Witaj matko Nirro – odpowiedział zmieszany król. 

Wspomnienie czasów panowania Traska nie było dla niego przyjemne. Był wtedy nikim. Odchrząknął i zawołał gromko

– Wołaj tutaj wszystkie swoje kurwy. Szukam panny, która wczoraj zgubiła w klubie pewną cenną rzecz.

– Są tylko moje córki. Marla i Carla. Na pewno je pamiętasz. – Nirra uśmiechnęła się przebiegle.

– Nie pamiętam. Ale jeżeli któraś z nich jest moją zaginioną dziwką, to niechybnie ten oto kastet to wykaże. – Wyciągnął z kieszeni złoty przedmiot. Stojący za nim Bepop zachrumkał coś niezrozumiale.

– Marla! Carla! Zejdźcie na dół, słoneczka moje – zawołała Nirra.

W drzwiach ukazały się obie dziewczyny. Król skrzywił się na widok przesadnie wypacykowanych dziewoi. 

To na pewno żadna z nich – pomyślał. Aż tak nawalony nie byłem!

Siostry podeszły do Gerarda i wyciągnęły do niego ręce. Król patrzył z powątpiewaniem to na mały kastet, to na wielkie paluchy dziewczyn. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że jedno do drugiego w jakikolwiek sposób może pasować.

– Ja pierwsza! – odezwała się Carla i wyrwała z ręki Gerarda kastet.

Przez dobrą chwilę próbowała wcisnąć go na swoje pulchne łapy. Na jej twarzy pojawił się wysiłek i cała poczerwieniała. Palce weszły na jakiś centymetr. Dziewczyna zamachała z triumfem ręką.

– Weszło! Weszło! To ja jestem twoją wybranką królu.

– Zamknij japę babo jedna! – Bepop podszedł do niej i bezceremonialnie zerwał kastet z dłoni dziewczyny.

Ta wrzasnęła, bo razem ze morderczym narzędziem, Bepop zerwał spory kawałek skóry z jej palców. Poleciała krew. Gerard przewrócił oczami i westchnął ciężko.

– Teraz ja! – Marla odepchnęła ryczącą z bólu siostrę i zaczęła wpychać swoją rękę w niewielkie otwory uchwytu. 

Poszło jej nieco lepiej, ale król tylko machnął zniechęcony na Bepopa. Ten ponownie zerwał kastet z dłoni Marli. Tym razem obyło się bez uszkodzenia palców.

– Nie ukrywasz tutaj żadnej innej dziewczyny?

– Jest tu jeszcze służąca. Ale to kopciuch zasrany. Nijak nie może być twoją wybranką.

– Ja o tym zdecyduję! – warknął Gerard. – Wołaj mi tu ją!

Matka Nirra spojrzała złym wzrokiem na chlipiącą Carlę i obrażoną Marlę. Westchnęła ciężko i wydarła się wgłąb domu.

– Dorota! Biegiem do mnie!

W drzwiach ukazała się Dorotka. Stała w progu. Uśmiechnięta i gotowa. Gerard spojrzał na nią uważnie. Kogoś mu przypominała.

– Podejdź no tutaj.

Gdy Dorotka zbliżyła się, król bez trudu wsunął kastet na drobną rękę dziewczyny. Na twarzy Bepopa pojawił się wyraz triumfu.

– To ona Gerard! Znalazłeś ją! – po czym dodał obleśnie: – Będzie dzisiaj ruchanko w królewskim łożu no nie?

– No nie – odpowiedziała Doris i potężnym uderzeniem kastetu zmiażdżyła nos Bepopa.

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Niewiadomo skąd, w prawej dłoni dziewczyny pojawił się długi ostry nóż. Prezent od Wolfa. Doris odbiła się lekko od ziemi i zrobiła salto w kierunku stojących za Gerardem karków. Nóż przeciął ich torsy, a wnętrzności z mlaskiem wypłynęły na chodnik. 

Dziewczyna opadła miękko na nogi. Marla i Carla darły się, a matka Nirra zastygła przerażona. 

– Za wszystkie poniżenia i upodlenie mnie. Zapłacicie teraz – powiedziała cicho Doris i nieuchwytnym dla wzroku ruchem, przeciągnęła ostrze po trzech gardłach. Kobiety nie zdążyły nawet wydać krzyku. Z precyzyjnie przeciętych aort szyjnych chlusnęła krew. Pięć sekund później szacowna matrona i jej wredne córki były martwe. Doris odwróciła się do oszołomionego Gerarda. Bepop leżał nieruchomo u jego stóp.

– Poznajesz mnie chujku? – Zakrwawiona dziewczyna powoli podeszła do króla, który teraz bardziej przypominał dawnego Gienka z przedmieść.

Doris sprawnym ruchem przekręciła kastet i pokazała mu grawerunek na wewnętrznej stronie.

– A to?

– Herb domu Trasków… – wyjąkał Gienek – ale to niemożliwe, przecież …

Jego głos zmienił się w charkot. Doris wbiła nóż w gardło Gerarda i powoli kręcąc ostrzem w lewo i prawo, przecięła szyję wraz z kręgosłupem. Głowa króla odchyliła się do tyłu i zawisła na strzępie skóry i ścięgien. Ciało bezwładnie opadło na ziemie.

***

Kilka dni później miasto znów tętniło pulsującym światłem. Ulice tonęły w szumie holoreklam, a nocne niebo przecinały zwiadowcze drony.

Hedron otworzył swoje drzwi.

Nie było już Gerarda.

Nie było Bepopa, Marly, Carly ani Nirry.

Była za to ona.

Siedziała na skórzanym tronie w strefie VIP, z nogą przerzuconą przez poręcz i kastetem lśniącym w sztucznym świetle. Na ekranach w klubie wyświetlano tylko jedno słowo: DORIS. Pod spodem, drobnym fontem: „Caro et ferrum. Nowy porządek.”.

Miasto po raz kolejny zmieniło właściciela.

Tym razem na zawsze.

Dodaj komentarz