Zawiadomienie

Na komisariacie w Głębodołach czas płynął niespiesznie, jak potok między polami – spokojnie, przewidywalnie, od poniedziałku do piątku. Poranki pachniały herbatą lub kawą z ekspresu i starym linoleum, a jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę było czasem chrupnięcie krakersa lub szelest kartki w kalendarzu wiszącym nad biurkiem.

Komendant Zygmunt Kostrzewa lubił to miejsce. Lubił poranną mgłę snującą się nad łąkami, dźwięk stukającego obcasa na schodkach przed wejściem i ten specyficzny, swojski bezruch, w którym wszystko było na swoim miejscu. Od lat nie działo się tu nic szczególnego – najwyżej jakaś burda po weselu w remizie, kłótnia o miedzę albo kradzież jajek z kurnika. No i Bujak – staruszek, który regularnie zasypiał za kierownicą swojego ciągnika, lądując z całym pojazdem w przydrożnym rowie.

W Głębodołach nawet psy szczekały ciszej, jakby i one znały wagę spokoju. Posterunek podlegał formalnie pod Przemyśl, ale nikt tam nie traktował go serio. Ot, wiejska placówka na uboczu, zapchajdziura w strukturze podkarpackiej policji – idealne miejsce, by doczekać emerytury albo przeczekać burzę.– Zimno dzisiaj jak w psiarni – mruknął posterunkowy Jakub Jastrzun, nalewając wody do elektrycznego czajnika. Mówili na niego Dżej-Dżej, z racji inicjałów oraz tego, że jeszcze w technikum grał na weselach jako DJ Jastrząb. Zanim złożył papiery do szkoły policyjnej, zdążył zagrać sto siedemnaście imprez, w tym jedną stypę. Przez pomyłkę.

Ostatnie dni były wyjątkowo przyjemne. Kostrzewa jeszcze w zeszłym tygodniu pojechał do Przemyśla na jakieś narady z przełożonymi, a Zenon Baton, młodszy aspirant i samozwańczy obrońca wartości narodowo-chrześcijańskich, spóźniał się już czterdzieści minut. Pewnie znowu przeglądał swoje przemówienia na wiejskie dożynki albo ćwiczył przed lustrem salut z powagą żołnierza wyklętego. Niestety. Dzisiaj spokój miał się skończyć. Komendant wracał z wojewódzkiej, a codzienny zapiernicz razem z nim

Dżej-Dżej zalał wrzątkiem kubek z herbatą, westchnął i usiadł za biurkiem. Wtem, drzwi komisariatu otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Weszło coś. Człowiek – ale jakby nie do końca. Facet był dziwnie opuchnięty i mokry. Jego sylwetka przypominała nadmuchaną lalkę. Tyle, że wielką i absolutnie nie dla małych dziewczynek. Z długiego płaszcza kapało błoto. Twarz – szarawa, jakby wyprana z kolorów. We włosach – sitowie, trzcina, kawałki jakiegoś wodnego zielska. Pomiędzy jego nogami, spod płaszcza,  zwisało coś, co przypominało rudo-brązową linę.

– Dzień dobry…? – zaczął niepewnie Dżej-Dżej, zerkając odruchowo na guzik alarmowy pod biurkiem. – W czym mogę pomóc?

– Nazywałem się Adam Krasowski – powiedziała zjawa spokojnym, rzeczowym tonem.

– Znaczy… pan się tak nazywa?

– Nazywałem. Czas przeszły. Bo ja, panie władzo, jestem trupem. I chciałbym zgłosić własne morderstwo.

Jakub wbił w niego wzrok, próbując wyczuć, czy to żart, atak psychotyczny, performance artystyczny czy nowy prank z TikToka. W końcu zapytał ostrożnie:

– Aha… rozumiem. A może karetkę panu wezwać? Taką… specjalistyczną?

– Nie trzeba – odpowiedział trup i usiadł. Z fotela dobiegł odgłos mlasknięcia, bo spodnie miał mokre do pasa. – Wszystko pamiętam. Szło się człowiekowi z remizy, bo była zabawa w Witoszyńcach. Wódki nie brakowało, ale samochodem po pijaku nie wypadało jechać. To szedłem. Grzecznie. Drogą numer 885. Noc była chłodna, wilgotna, ale ładna. I wtedy ktoś mnie jebnął.

– Przepraszam…?

– Znaczy: potrącił. Autem. Wyleciałem w pole, ale jeszcze żyłem. Tyle że ten ktoś zamiast pomóc, to mnie za fraki i hyc do strumyka. I jeszcze głowę mi pod wodę przytrzymał. No i wtedy umarłem.

– To… przykre – wydukał policjant, już całkiem zbity z tropu.

– Ale to nie wszystko. Tutaj jest fragment zderzaka – denat odsunął poły płaszcza.– Wbił mi się w brzuch. O, proszę spojrzeć.

Widok był jak z horroru klasy B. Z rozdartego tułowia sterczał pogięty kawał plastikowej ramy, a spod niej zwisały flaki, ciemne, śliskie, błyszczące. Co gorsza, trup uśmiechał się lekko, jakby chciał zapytać: „Ładnie się trzymam, co?”

– A tu, kawałek rejestracji. – Krasowski wyrwał z pleców pogiętą tablicę z widocznymi literami RPR i dodał smutno – Niestety reszta gdzieś się zapodziała.

– Dżej-Dżej! Jesteś? Mam dla ciebie formularz wstąpienia do partii!

Do komisariatu wszedł młodszy aspirant, Zenon Baton. Ubrany jakby właśnie wrócił z obchodów rocznicy cudu nad Wisłą: wypastowane buty, biało-czerwona opaska na ramieniu, pod pachą folder z logiem partii Sprawiedliwość i Kara.

– Co tu się, do ciężkiej cholery, dzieje? – warknął, wchodząc z impetem.

– Gość twierdzi, że jest martwy i przyszedł zgłosić swoje morderstwo – wyjaśnił Dżej-dżej, wciąż w lekkim szoku.

– Nazywałem się Adam Krasowski – przedstawił się ponownie trup.

Zenon skrzyżował ręce i spojrzał z góry na niego.

– Oho… znowu jakiś lewak albo aktor, co?. Zaraz sprawdzimy, czy nie ma pan powiązań z zagranicą. Kto panu płaci za sianie paniki, co? Pewnie Niemcy! Albo Soros!

Baton zbliżył się do trupa niczym prokurator na sali sądowej. Wzrok miał surowy, a podwójny podbródek trząsł się lekko w rytm ciężkiego oddechu zawałowca. Z bliska dało się poczuć zapach taniej wody kolońskiej i smażonej kiełbasy z pikniku wyborczego.

– Tak, tak – mruknął z wyższością. – A ja jestem święty Jerzy i przyszedłem zaaresztować smoka. Panie „Krasowski”, czy jak się pan tam mieni – nie sądzi pan, że z tego będzie odpowiedzialność karna? Wprowadzanie w błąd funkcjonariusza publicznego, symulowanie zgonu, zakłócanie pracy organu państwowego…?

Krasowski przyglądał mu się z zaciekawieniem, lekko przekrzywiwszy głowę. Jego oczy, jakby wypłukane przez wodę, błyszczały mdłym światłem, ale pod powieką czaiło się coś… głodnego. Badawczego.

– Pan to kto? – zapytał wreszcie trup z łagodnym uśmiechem.

– Aspirant Baton. Dżej-dżej dzwoń do czubków. Niech zabierają do siebie tego wariata.

– Mmm… – zamruczał Krasowski podnosząc się z krzesła. Przez chwilę jakby trawił informacje od policjanta. – Ciekawe nazwisko. Pasuje. Grube i smakowite. – Oblizał usta. Jego język był zaskakująco długi. Miał upiorny, siny kolor.

– Co pan tu się tak ślini!? – Baton zmarszczył brwi.

– Jeszcze nie jadłem śniadania – wyjaśnił trup z westchnieniem, jakby rzucał luźną uwagę o pogodzie.

– Ale pan przecież nie ma żołądka – zauważył Jastrzun, wskazując ruchem głowy na zwisające wnętrzności.

– To prawda – przyznał Krasowski, patrząc na siebie z pewnym rozbawieniem. – Ale apetyt mam. Co poradzić? – Tu wbił ponownie spojrzenie w aspiranta.

Na chwilę zapadła cisza. Baton zrobił pół kroku w tył, nie wiadomo czy z obawy, czy tylko przez przypadkowy odruch. Jego tłuste policzki poruszyły się nerwowo. 

Dżej-dżej z trudem powstrzymał śmiech – jak on w ogóle zdał egzamin sprawnościowy? – przemknęło mu przez myśl. Pewnie wujek coś popchnął, coś przycisnął… Może opłatkiem sypnął komisji egzaminacyjnej podczas wizyty na kolędzie.

– Proszę nie zmieniać tematu – syknął Baton, odzyskując rezon. – Zrobimy protokół. Potem przyjedzie karetka i zabierze pana w bardziej odpowiednie miejsce.

– Ja nie mam czasu na protokoły – Krasowski zamachał rękoma. – Ja tylko chciałem, żeby sprawiedliwość się dokonała. I kara! – dodał patrząc na logo na teczce Batona. Chociaż… może jednak poczekam chwilę – dodał, zerkając z nieskrywaną lubością na podwójny podbródek aspiranta.

– Co się pan tak patrzy? – zapytał Zenon z irytacją. – Policjanta pan nigdy nie widział, czy co?

– Owszem – przyznał trup. – Ale rzadko kiedy tak… apetycznego. Na nalanej twarzy Batona pojawiły się krople potu.

Jastrzun w tym czasie zastanawiał się czy dzwonić po karetkę, egzorcystę, czy może po kogoś z sanepidu.

– Niech pan siada – powiedział w końcu Dżej-dżej. Uruchomił komputer i przystąpił do spisywania protokołu.

– Imię i nazwisko: Adam Krasowski. Data zgonu?

– Sobota. Po dwudziestej trzeciej, mniej więcej. Najpierw uderzenie, potem… utopienie.

– Świadkowie?

– Tylko ja. I sprawca. Ale on jest żywy, jeszcze.

– A pan nie?

– Nie – potwierdził trup spokojnie. – Ale nie wykluczam, że się to zmieni.

Jakub uniósł brwi.

– W sensie…?

– W sensie, że nie wszystko w życiu jest takie oczywiste – rzucił Krasowski i uśmiechnął się do Zenona, który akurat poprawiał pasek przy spodniach. – Zwłaszcza śmierć.

Drzwi zaskrzypiały, a do środka wszedł komendant Zygmunt Kostrzewa, zamaszyście strzepując z butów resztki błota.

– Nosz kur… żesz jego mać! – ryknął, patrząc na ślady wody i flaków ciągnące się od wejścia aż po sam dyżurkę. – Co tu się, do cholery, dzieje!? Kto mi z komisariatu bajoro zrobił!?

– E, panie komendancie, mamy tutaj taką sytuację… – zaczął Jakub, ale Kostrzewa przerwał mu gwałtownie.

– A co to za ścierwa? – zapytał, wskazując na posokę sączącą się spod trupa i strzępy jelit obok szafki z dokumentami. – Ktoś tu padlinę przyniósł czy co?

Dżej-dżej uśmiechnął się nerwowo, zerkając na Krasowskiego, który z niezmiennym spokojem stał pośrodku pomieszczenia, jakby był oczekiwanym drogim gościem, a nie zjawą z rozwleczonymi flakami.

– Panie komendancie… bo… – Jakub urwał widząc, że kurtka komendanta ubrudzona jest błotem – Coś się panu stało?

Kostrzewa odwrócił się z irytacją.

– A co was to, Jastrzun, interesuje? Stłuczkę miałem. Chuj z tym. Żadna sprawa. Jechałem, pies wyskoczył i zniknął w lesie. Nikt nic nie widział, nie ma problemu.

Krasowski z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie.

– No ale… nic się nie stało? Ktoś ucierpiał? Zgłosił to pan? – Dżej-dżej nie odpuszczał.

– Powiedziałem, że to nie twoja sprawa! – warknął komendant, stając przy drzwiach swojego gabinetu. – A komisariat wygląda jak po rzezi. Może się tym zajmiesz?! – dodał zjadliwym tonem.

– Ekhm! – wtrącił się Zenon Baton, prostując jak struna. – Komendancie, pozwolę sobie wyjaśnić sytuację. Otóż ten oto osobnik – wskazał teatralnym gestem Krasowskiego – twierdzi, że jest trupem. I przyszedł zgłosić własne morderstwo.

Komendant spojrzał na Batona, potem na Jastrzuna, a w końcu na szarego gościa. 

Popierdoliło ich czy co? – zastanawiał się. Wiedział jednak, że Zenona nie wolno ignorować – W rękach jego pieprzonego wujaszka jest mój awans do komendy miejskiej. – pomyślał Kostrzewa. Ten podkarpacki partyjny baron miał nieocenione kontakty i długie ręce.

– Yyy… rozumiem aspirancie. – chrząknął niepewnie, po czym zwrócił się do trupa. – Pan… panie Krasowski? Tak? A kim pan właściwie jest? I… i co pan tutaj w zasadzie robi?

Trup uśmiechnął się i przechylił głowę, zerkając na komendanta z zaciekawieniem i odpowiedział pytaniem.

– Pan miał stłuczkę, tak?

– Co pana to… znaczy… ja tu pytania zadaję! Ja jestem funkcjonariuszem!

– Oczywiście – skinął głową Krasowski. – Mógłbym rzucić okiem na autko?

– O nie. Nie, nie, nie. Nie ma takiej opcji. Nikt obcy mojego auta nie ogląda. To ja prowadzę oględziny, nie odwrotnie!

– Szkoda – westchnął trup. – A czy to może panu coś przypomina?

Z cichym, wilgotnym mlaśnięciem zanurzył rękę we własnym brzuchu, po łokieć, a potem wyciągnął fragment plastikowego zderzaka z nalepką: „Miłośnicy marki KIA”. Na podłogę chlupnęła reszta jego wnętrzności. Na butach komendanta pojawiły się buroczerwone krople.

Dżej-dżej jęknął z obrzydzenia. Baton wydał z siebie dziwny, stłumiony dźwięk – coś między czkawką a krzykiem.

– Czy pan ma Kiję? – zapytał spokojnie Krasowski.

Komendant zbladł.

– Jakie kije!? Po co mi kije? – odparł trochę głupawo.

– Nie kije. Kia. Samochód. Kia Ceed – wtrącił Jakub. – Komendant ma białą Kiję Ceed.

Krasowski uniósł wzrok i spojrzał komendantowi w oczy.

– Białą, mówicie? No proszę. Jedyna rzecz, którą zapamiętałem: kolor auta. Biały jak światło latarni, pod którą stałem, zanim się we mnie wjebał.

– To… to… – wycharczał Kostrzewa, już blady jak ściana. – To nie możliwe… Ja nie… nie było nikogo…

– Ja byłem – powiedział trup. – Widziałem. I poczułem. Do samego końca. Do chwili, gdy grube łapska dociskały mi głowę pod wodą. I wiesz co?

Krasowski ruszył powoli w stronę komendanta. Każdy jego krok mlaskał, zostawiając za sobą plamy.

– Tak mi się zdaje, że to chyba byłeś ty! – wskazał oskarżycielsko szarym palcem na Kostrzewę.

Komendant cofał się, aż plecami uderzył w drzwi. Ręką szukał klamki, drugą sięgał do kabury, ale dłoń mu się trzęsła jak galareta.

– Kim ty jesteś…? – wyszeptał.

Krasowski uśmiechnął się paskudnie.

– Dowodem rzeczowym.

I wtedy skoczył.

Jastrzun zdążył tylko krzyknąć, Baton upuścił folder z godłem partii, a potem rozległ się odgłos rwanych tkanek i rozgryzanego gardła. Komendant wydał z siebie charkot, zachłystując się własną krwią, kiedy zęby trupa wgryzły się w jego krtań. Krew trysnęła na ścianę. Krasowski mlaskał, przeżuwał, a przez chwilę nawet wydało się, że mruczy z zadowoleniem.

– A ty – powiedział, odwracając się do Batona z zakrwawioną twarzą – ty będziesz na deser. Ty pączusiu mój.

Policjanci z wrzaskiem wypadli z komisariatu.

***

            Krasowski skończył z komendantem, oblizał się dokładnie i z zadowoleniem klapnął na podłodze, tuż obok zakrwawionego ciała. Na moment zapanowała cisza, jednak po jakimś czasie zza okna dał się słyszeć dźwięk. Syrena. Potem druga. Trzecia.

Krasowski uniósł głowę. Uśmiechnął się.

– Ciekawe, kto tu do nas zawita – mruknął.

– Pewnie z miejskiej w Przemyślu – odezwał się charkotliwy głos obok.

Komendant dźwignął się nieporadnie na obgryzionych do kości łokciach i spojrzał w górę na siedzącego obok. Głowa Kostrzewy trzymała się chwiejnie na strzępach mięśni i kręgosłupa. Jego oczy były mlecznobiałe, a z ust toczyła się czarna posoka.

– No i jak tam? – spytał Krasowski z uśmiechem. – W formie?

– Nigdy nie czułem się… bardziej martwy – sapnął Zygmunt i wypluł coś na podłogę.

Krasowski wstał, otrzepał się z flaków i podał komendantowi rękę. Kostrzewa ją przyjął.

– Dzięki – burknął, z trudem podnosząc się na nogi. Kości chrupnęły jak pękające gałązki. 

– A musiałeś mnie tak obgryźć? – jęknął komendant oglądając swoje ogołocone z mięśni piszczele?

– Nie trzeba było mnie rozjeżdżać i topić w strumyku – odparował Krasowski.

– No sorry, ale taka wpadka pogrzebałaby moją karierę! Na dodatek byłem nawalony jak szpadel. Ja do więzienia mogłem pójść! – Kostrzewa aż wyprostował się z wrażenia.

Krasowski przewrócił oczami. Niestety jedno z nich nie chciało wrócić na miejsce i musiał pomóc sobie palcami.

Zza okna dobiegł szum silników. Światła policyjnych radiowozów zatańczyły na ścianach komisariatu, odbijając się w kałużach krwi.

Komendant i Krasowski stanęli obok siebie, kołysząc się lekko na nogach.

– Gotowy? – zapytał topielec.

– Jak zawsze. – Komendant poprawił czapkę, która, ze względu na brak prawego ucha, przekrzywiła mu się na głowie.

– Ale pączuś będzie mój!

– Znaczy który?

– Ten gruby – Krasowski ponownie oblizał się na wspomnienie pulchnego funkcjonariusza.

– Baton? A bierz go sobie na zdrowie. – Komendant chciał się uśmiechnąć, ale trudno było to zrobić z huśtającą się na ścięgnch żuchwą. – Ja sobie zamawiam jego wujka. Zaszczany gnojek! Cały czas ryje pode mną u komendanta wojewódzkiego. Ciekawe co powie, gdy odwiedzę go w domu – powiedział mściwie. 

W drzwiach pojawiły się dwie sylwetki policjantów.

– Co tu się, do jasnej…!?

– Panowie – odezwał się Krasowski, uśmiechając się szeroko. – Mamy zgłoszenie.

Ociekający krwią komendant wychrypiał:

– Posterunek Głębodoły znów przyjmuje interesantów.

A potem zrobiło się bardzo, bardzo głośno.

Dodaj komentarz