Przysługa

Przysługa

Gabinet Prezydenta RP, z ciężkimi zasłonami i wypolerowanym parkietem, pachniał starą konstytucją i nową władzą. Za oknem wiało z południa. Na biurku leżała korespondencja z gratulacjami od starych i nowych przyjaciół.

Jacek Kobylański siedział nieruchomo na rzeźbionym fotelu. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale też i satysfakcja. Został wybrany na przywódcę narodu! 

Kto by pomyślał. Prosty bramkarz z klubu w Kutnie został szefem sił zbrojnych RP. – Na ustach prezydenta błąkał się uśmiech. 

Twarz miał twardą. Jakby ciosaną z kamienia. Na brodzie widoczna była blizna – pamiątka po bójce na hali w Łomiankach, którą jego sztab uznał za „symboliczne zderzenie z Polską liberalną”. W rzeczywistości, była to ustawka z kibolami z przeciwnej drużyny piłkarskiej. Jego ukochane “KS Kutno” grało z kopaczami z lokalnego klubu sportowego. Jacek, jako główny „ultras” dogadał konfrontację i aktywnie uczestniczył w zadymie. Udało mu się położyć kilku frajerów, ale sam zaliczył bliskie spotkanie z kosą. Na szczęście skończyło się tylko na draśnięciu, a bliznę nosił jak oznakę bohaterstwa. Na pamiątkę tego wydarzenia wydziarał sobie herb klubu na klatce piersiowej. Od kiedy jednak zaczęła się jego polityczna kariera, skrzętnie ukrywał tatuaż pod koszulą i garniturem.

Pochodził z Kutna. Tam zaczynał — najpierw jako kickbokser, potem jako bramkarz w klubie „Inferno”, gdzie wstęp mieli tylko ci, co „nie pytali, nie pamiętali i nie donosili”. Z czasem wszedł głębiej w środowisko kiboli i lokalnych graczy półświatka. Nie pił, nie ćpał. Miał ksywę „Suchy”. Zawsze trzeźwy, zawsze gotowy!

Jeszcze przed trzydziestką trafił do ONR-owskiej bojówki, gdzie jego lojalność i skuteczność w „obronie narodowych wartości” zwróciły uwagę ludzi z partii Sprawiedliwość i Kara — populistycznej, narodowo-socjalistycznej formacji, która w krótkim czasie opanowała umysły połowy kraju. Tam poznał Prezesa — szarą eminencję polskiej polityki.

Swój romans z salonami władzy zaczął od mało znaczącego stanowiska prezesa jednej z mniejszych spółek Skarbu Państwa — specjalizującej się w czymś, co nawet dziennikarze śledczy uznawali za zbyt nudne, by się temu przyglądać. Oficjalnie: infrastruktura portowa. Nieoficjalnie: coś między hurtowym obrotem nawozów a transportem kontenerów bez cła.

Gdy zbliżały się wybory, to Prezes wskazał go jako kandydata na prezydenta. Ludowego, niezależnego, spoza układów. Takiego „od ludzi, dla ludzi”. Oczywiście nie partyjnego — broń Boże! Partia była tylko tłem, wsparciem logistycznym i nieformalnym centrum dowodzenia. Tak zaczęła się jego prawdziwa przygoda z polityką.

Kiedy ruszyła kampania, szybko stał się ikoną nowej Polski. „Swój chłop, nie z salonów”. Kiedy w debacie telewizyjnej powiedział o swoim przeciwniku z partii Obywatele Kompromisu, że „bardziej by pasował do Brukseli niż do Brzeszcz”, dostał owację na stojąco, a jego wypowiedź stała się swoistym „bon-mot” kampanii.

I wygrał. O włos. Ale wygrał.

Wchodząc do Pałacu, wiedział, że nie będzie łatwo. Ale nie spodziewał się, że największe kłopoty zaczną się nie w Sejmie, nie w ONZ, ale w jego własnej kieszeni.

Zabrzęczała komórka.

Prywatna. Ta, której miał się pozbyć. Komisja Etyki i bezpieczeństwo państwowe stanowczo odradzały trzymanie nieewidencjonowanego telefonu. Ale ją zachował. Z sentymentu oraz przezorności. Miał tam numery, które wciąż mogły się przydać.

Spojrzał na ekran.

Dzwonił „Śledziu” 

Zrobiło mu się duszno, mimo że klimatyzacja działała bez zarzutu.

– Powinieniem pozbyć się tego telefonu – mruknął do siebie, zanim odebrał.

– No siema, Suchy – głos po drugiej stronie był tłusty jak karkówka z grilla na działce. – Zgadnij, kto wrócił z wakacji?

– Śledziu… – Kobylańskiemu przeleciały przez głowę wspomnienia szalonych nocy w Kutnie. Klubowe zaplecza, dziwne interesy. Śledziu zawsze „wracał z wakacji”, kiedy coś chciał.

– Gratuluję, panie prezydencie! Kto by pomyślał, co? A pamiętasz, jak cię ochroniarze nie chcieli wpuścić do „Antaresa”, bo miałeś za luźne dresy? A teraz? Teraz możesz im wszystkim …

– Mów, o co chodzi – przerwał mu Kobylański, ściszając głos. Za drzwiami obok pracowała kancelaria. 

– No więc tak – ciągnął Śledziu – sprawa jest drobna. Pamiętasz „Bulbę”. Siedzi. Dostał niebożątko dożywocie. Trochę mu się pokomplikowało w banku, trochę ludzi poginęło. Ale wiesz, jak to jest… – Bandyta zawiesił głos.

– Nie wiem – rzucił zirytowany prezydent. – Czego ty właściwie chcesz?

– No stary, stęskniliśmy się za „Bulbą”. Potrzebny jest chłopakom do nowej robótki. A z pierdla szybko nie wyjdzie. Chyba, że nogami do przodu. – zarechotał.

– Mówisz o ułaskawieniu? – Jacek zbladł. Nie z wrażenia – z wściekłości.

– Ja nie mówię. Ja sugeruję. Delikatnie. Znamy się, lubimy. A jak się nie uda… to mam parę fotek, których lepiej, żeby nie widziała twoja Basieńka. Ani wyborcy. Ani Prokurator Generalny.

– To jest, kurwa, szantaż!

– Ale po co takie mocne słowa! To jest przyjacielska przysługa. Zresztą – co to dla ciebie? Jeden podpis. Nawet nie musisz czytać uzasadnienia.

Zapadła cisza. Po raz pierwszy od ogłoszenia wyników wyborów, Jacek Kobylański poczuł, że naprawdę został prezydentem. Bo tylko prezydent mógł mieć takie problemy.

Kobylański odłożył telefon i przez chwilę siedział w milczeniu. Czuł, jakby wrócił na zaplecze klubu „Inferno”, gdzie po cichu załatwiało się sprawy bez kamer i dziennikarzy. Różnica była tylko taka, że teraz miał krawat, a tam zakładał kominiarkę.

Spojrzał ponownie na komórkę, która zaciążyła mu w dłoni. Przewinął listę kontaktów. Zatrzymał się na jednej pozycji.

„Gruby” – to jego potrzebował. Nie ochrony, nie policji. Potrzebował kogoś, kto nie zadaje pytań. Kogoś, kto robi „porządek”. A Gruby był mistrzem porządków. Od lat wyjęty spod prawa, ale nigdy nieskazany. Oficjalnie nie istniał. Nieoficjalnie – działał jak narzędzie boskiej sprawiedliwości dla tych, co nie mieli czasu na procedury, ale mieli hajs.

Wybrał numer i czekał na połączenie.

Po chwili usłyszał krótkie: „Czego?”

– Tu Suchy.

– Aaaa, co trzeba najwyższej instancji? – W głosie Grubego Kobylański usłyszał zainteresowanie.

– Nie przez telefon. Przyjdź do mnie dzisiaj o dwudziestej drugiej. Tylko ubierz się jakoś. Będziesz przedstawicielem związków zawodowych.

– Hehehe! Ale ja bezrobotny jestem! – zarechotał Gruby.

– Dobra, dobra. Przede mną nie rżnij głupa – rzucił Kobylański i rozłączył się.

Wcisnął przycisk na stojącej na biurku konsoli i przywołał sekretarkę kancelarii.

– Tak, słucham panie Prezydencie.

– Pani Halinko, proszę wpisać do kalendarza spotkanie z panem Jerzym Grubczyńskim. Na dwudziestą drugą. Dzisiaj.

– Ale wtedy ma pan spotkanie z prezesem SiKu!

– Chu… – zająknął się i poprawił .– Z prezesem spotkam się jutro rano.

– A kogo reprezentuje pan Jerzy? 

– Związki Zawodowe … – Kobylański zastanowił się. – Związki Zawodowe Przemysłu Budowlanego.

– Oczywiście. Spotkanie umówione. Czy mogę prosić o kontakt do gościa?

Jeszcze czego – pomyślał prezydent.

– Nie trzeba. Pan Jerzy jest powiadomiony.

Zakończył rozmowę.

Przemysł Budowlany – uśmiechnął się pod nosem. Specjalnością Grubego była praca w cemencie. Nikt jak on nie potrafił ukryć zwłok.

***

Punktualnie o dwudziestej drugiej pani Halinka zmęczonym głosem zapowiedziała gościa. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Wszedł Gruby.

Jego nazwisko przeczyło ksywie. Nie był gruby. Może kiedyś. Teraz przypominał spiżowy posąg niedźwiedzia, który nauczył się chodzić na dwóch łapach. Twarz szeroka, oczy blade, szare. Biło z nich okrucieństwo. Miał na sobie nienagannie wyprasowany garnitur. W jednej ręce trzymał reklamówkę z „Biedronki”.

– Siemasz, Suchy – powiedział, siadając bez zaproszenia. Uśmiechnął się szeroko i rozejrzał po gabinecie. 

 – No, no, poszczęściło ci się …zawodowo. Nie to co ta kanciapa w „Inferno”, co?

– Bez żartów. Mam sprawę – uciął Kobylański. Spojrzał na gościa i zmarszczył brwi:

– Po chuja tę torbę z biedry przyniosłeś!? 

– Na sucho głupio się gada. – Gruby wyjął z reklamówki butelkę Żubrówki, otworzył i łyknął potężnie z gwinta.

– Dajesz.

– „Śledziu” – powiedział Jacek, splatając palce. – Mamy wspólne zdjęcia. Pamiętasz?

Gruby skinął głową.

– Taaa. Twój „apartament miłości”. Niezła impra była! Dupy fajne! Tylko trochę za młode, co? – mrugnął do prezydenta.

Kobylański skrzywił się na to wspomnienie.

– Ma te zdjęcia. I szantażuje mnie.

– Co chcesz, żebym zrobił?

– To co umiesz najepiej. Ma zniknąć. Po cichu.

Gruby sięgnął ponownie po butelkę.

– Dyskrecja kosztuje.

– Ile?

Gruby rzucił kwotę.

Zapadła chwila ciszy. Kobylański wstał i podszedł szafy. Z zamontowanego w niej sejfu wyciągnął plik banknotów.

– Masz połowę. Reszta po wykonaniu zlecenia. Wciąż lubisz topić ludzi w betonie?

Gruby się uśmiechnął.

– Nie, teraz pracuję bardziej ekologicznie. Przerzuciłem się na biokompostowanie. Wiesz, materia organiczna, ziemia, robaczki, bakterie. Człowiek znika w dwa tygodnie, a przyroda mówi dziękuję.

Się, kurwa, ekolog znalazł – pomyślał prezydent.

– Dobra. Dam znać, jak skończę. Będzie szybko, czysto i bez katolickiego moralizowania.

Gruby zbliżył się do drzwi.

– Wiesz, Suchy… ty jesteś teraz wysoko i właśnie masz u mnie dług.

– Wiem – rzucił Jacek.

Drzwi zamknęły się za gościem. Zapadła chwila ciszy. Kobylański wstał i podszedł do okna. W zamyśleniu spojrzał w widoczną za szybą ciemność, rozproszoną pałacowymi światłami.

***

Minęło kilka dni. Pogoda nieco się poprawiła, a z nią — humor Kobylańskiego.

Prezes odwiedził go osobiście. Wszedł tylnym wejściem, jak zwykle z teczką pełną haków i donosów.

– Trzeba ułaskawić tych trzech z kampanii – powiedział bez ceregieli. – Pomyliło im się konto fundacyjne z prywatnym. Kto by z resztą śledził takie rzeczy…

– Ale oni wytransferowali kasę na Malediwy – przypomniał Kobylański.

– Wódka, kobiety, doradztwo polityczne. Koszty osobowe. Nie czepiaj się. Poza tym, oni mają rodzinę. No i wiedzą ciut za dużo.

Kobylański westchnął. Pomyślał o długopisie, który musiał znowu wyjąć. Potem – o notce, którą ktoś napisze, i o tym, że znów będzie musiał się uśmiechnąć do kamer, mówiąc, że „każdy zasługuje na drugą szansę”.

Wtedy nagle coś go tknęło.

„Ułaskawienie…”

Śledziu. 

Od tygodnia cisza.

Nie dzwonił. Nie słał SMS-ów. Nie groził, nie żartował, nie oddychał przez słuchawkę jak zboczeniec. Nie było go.

Gruby zadziałał – pomyślał Kobylański. I poczuł, jak coś ciężkiego zsuwa się z jego ramion.

Rozparł się wygodniej w fotelu. Na stoliku czekała ciepła kawa i świeże gazety. Na okładce „W Sieci Państwa” jego zdjęcie z dopiskiem: „Prezydent blisko ludzi”. Idealnie. W myślach już planował wywiad – coś o dzieciństwie w Kutnie, coś o miłości do ojczyzny. I o Busku. Tym z Obywateli Kompromisu. Że za niemieckie pieniądze kampanię finansował! 

A może tak odwiedzić jakąś szkołę? – pomyślał

Wtedy zadzwonił wewnętrzny interkom.

– Panie Prezydencie? – głos Halinki był miękki, ale spięty. – Przyszedł… pan Jerzy Grubczyński.

Kobylański zamarł, uśmiech zgasł.

– Grubczyński?

– Tak. Związkowiec z Przemysłu Budowlanego. Ma wpisaną wizytę na dzisiaj.

Oczy prezydenta pociemniały. 

– Niech wejdzie– powiedział cicho.

Drzwi otworzyły się powoli. Gruby wszedł jak do siebie.

– Cześć, Suchy – mruknął, siadając bez pytania. – Robota skończona.

– Khmm – chrząknął prezydent – A skąd mam mieć pewność?

Gruby pokręcił z niezadowoleniem głową. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni zdjęcie i położył na biurku.

Kobylański rzucił okiem na fotografię i w popłochu schował ją do kieszeni. Rozejrzał się po gabinecie.

Czy tu, kurwa, są jakieś kamery? – pomyślał z przerażeniem. 

Zdjęcie dobitnie udowadniało, że pan „Śledziu” nie będzie stanowił już problemu. Prezydent zauważył też, że Gruby zdecydowanie poprawił swoją technikę. Na wspomnienie widoku zwłok, Jacek poczuł, że zaraz zwymiotuje.

– No, no! Od kiedy taki delikacik jesteś– zarechotał Gruby – jak szlachtowaliśmy te pedały pod Radomiem, to jakoś nie miałeś z tym problemu.

– Zamknij się do cholery – syknął Kobylański.

Podszedł do szafy i wyjął z sejfu drugą połowę gotówki. 

– Masz. Zgodnie z umową.

Gruby sięgnął po pieniądze. Schował do kieszeni marynarki, ale nie ruszył się z miejsca.

Kobylański zbladł. 

– Zabieraj się.– powiedział cicho prezydent.

Gruby poprawił się na krześle, jakby właśnie zaczynał właściwą rozmowę.

– Ładnie tak kumpla wyrzucać? Widzisz, Suchy… jest jeszcze sprawa.

– Tego nie było w umowie.

– Ja nie mówię, że było. Ja mówię, że mam potrzebę. A ty – dług.

– Mów – warknął Kobylański.

– Broń. Konkretnie: karabinki Beryl. Z tego transportu, co miał iść tranzytem na Ukrainę. Słyszałem, że w magazynach MON-u leży ładna partia. Oficjalnie „przeterminowane”, a tak naprawdę nówki w smarze. Potrzebuję ich dwieście. Bez ewidencji.

Prezydent milczał przez chwilę.

– I co ja mam niby z tym, kurwa, zrobić?

– Masz ludzi. Masz podpisy. Masz generałów. Załatwisz – to git. Nie – to wiesz… – Gruby zrobił sugestywny gest dłonią wzdłuż szyi.

– Grozisz mi?

– Prezydentowi? Nigdy w życiu! Ja po prostu chcę ciągnąć dalej naszą spółkę z nieograniczoną nieodpowiedzialnością. – Gangster zarechotał głośno.

Kobylański przełknął głośno ślinę. 

W co ja się, kurwa, wpakowałem!

Podszedł do okna i przez moment obserwował ludzi spacerujących po Krakowskim Przedmieściu. 

– Po chuj ci dwieście sztuk Beryli? – zapytał w końcu.

Gruby sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Wyjął papierosa i zapalił. Zaciągnął się głeboko i spojrzał twardo na prezydenta:

– A co cię to obchodzi? Może mam turniej paintballowy w Donbasie. Może szykuję rezerwy obywatelskie. A może po prostu chcę je mieć, żeby czuć się bezpiecznie.

– Jesteś pojebany.

Gruby uśmiechnął się szeroko.

– Ty też. I właśnie dlatego się tak dobrze dogadujemy.

Zapadła cisza. Prezydent czuł, jak serce wali mu w piersi. Wiedział, że jeżeli teraz powie „nie”, Gruby załatwi go na amen. Jeżeli jednak się zgodzi, to przekroczy granicę, zza której nie ma już powrotu. Granicę, przy której „ułaskawienie Bulby” wyglądało jak niegroźna przysługa dla cioci.

– Masz tydzień – powiedział Gruby, gasząc papierosa w doniczce stojącej na biurku. 

Wstał i zapiął guzik marynarki.

– Dziękuję, panie prezydencie – powiedział przesadnie oficjalnym tonem. – W imieniu Związków Zawodowych Przemysłu Budowlanego.

I wyszedł.

Drzwi zamknęły się z miękkim kliknięciem. Kobylański stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą siedział Gruby. 

Dwieście karabinków. Bez ewidencji!

Uderzył pięścią w blat tak mocno, że aż zadźwięczała kryształowa karafka z wodą.

– Kurwa mać! – ryknął, a echo rozlało się po gipsowym plafonie.

– Coś się stało?

Do gabinetu wbiegła przestraszona Halinka. 

Kobylański był blady jak ściana.

– O Boże! Czy pan ma zawał panie prezydencie? Wezwać lekarza? 

– Nie, nie trzeba – wychrypiał prezydent. – Trochę się przećwiczyłem na siłowni wczoraj.

Odprawił gestem sekretarkę i usiadł ciężko na fotelu. 

– W co ja się, kurwa, wpakowałem… – powtórzył na głos, patrząc w okno.

Jeszcze kilka dni temu był ikoną „nowej Polski”, wzorem patriotyzmu w memach i paskach prawicowych telewisji. A dziś? 

Przy tym współpraca z ruskimi to jest pikuś! – pomyślał przygnębiony.

Otworzył szufladę w biurku i wyciągnął swój stary telefon. Klikał przez chwilę przewijając listę kontaktów. Wreszcie znalazł szukaną pozycję:

„Kucharz”.

Zadzwonił. Długo nikt nie odbierał. W końcu — klik.

– Mów.

Głos po drugiej stronie był niski i chropowaty.

– Kucharz? Tu Suchy.

– Wiem. O co biega?

– Mam problem. Potrzebuję… specjalisty. Takiego jak ty.

– Mhm.

Cisza.

– Gruby się rozpanoszył – dodał Kobylański, jakby to coś wyjaśniało.

Jeszcze dłuższa cisza. 

– Gdzie i o której?

– Dzisiaj. Dwudziesta druga. Zapowiem cię w kancelarii jako inspektora z Sanepidu.. Albo że jesteś nowym szefem kuchni pałacowej. Wszystko, kurwa, jedno.

– OK.

– Kucharz?

– No?

– Nie chcę wiedzieć jak. Nie chcę widzieć nic. Po prostu… posprzątaj.

– Zrobione.

Klik.

Kobylański odłożył telefon i wbił wzrok w przestrzeń. Przypomniał sobie jeden z dawnych wieczorów w „Inferno”. Kucharz pokroił tam kiedyś człowieka na kawałki tak cienkie, że można było je suszyć jak szynkę parmeńską. A potem je wysłał – pocztą. Każdy kawałek – innemu wierzycielowi.

Takie miał podejście do przeterminowanych zobowiązań.

***

Kucharz zadanie wykonał idealnie, po czym upomniał się o obiecane wynagrodzenie. Wtedy Kobylański sięgnął po nóż do papieru. Długi i ciężki. Chyba prezent od jakiegoś premiera czy króla dla poprzedniego lokatora pałacu. Nóż wszedł w kark Kucharza jak w masło. Okrutny gangester nawet nie pisnął. Jego zwłoki opadły bezwładnie na podłogę. Prezydent działał szybko, precyzyjnie. Po staremu.

Ciało pociął na kawałki, zawinął w grube, wojskowe worki próżniowe, które uprzednio zamówił w kancelarii. Całość upchnął w sejfie. Szczelnie i starannie.

Oddychał ciężko, ale z ulgą.

Zamknął szafę i przetarł dłonie chusteczką z monogramem. Spojrzał w lustro. Znowu był czysty. Znowu miał kontrolę.

Usiadł przy biurku i zanurzył się w rozmyślaniach.

– Trzeba zrobić coś fajnego dla narodu – mruknął. – Tak od siebie. Coś, co przebije tego starego dziada z SiKu i jego biedne pięćset plus.

– Dziesięć tysięcy! – krzyknął. – Dziesięć tysięcy plus! Dla każdego. Dla rodzin. Dla samotnych. Dla wszystkich! I jeszcze węgiel gratis!

Uśmiechnął się szeroko. Już widział te paski w telewizji, te transparenty, te sondaże. Zrobi porządek. Odbuduje zaufanie. Ludzie kochają pieniądze, zwłaszcza te cudze.

Chociaż w sumie to z ich podatków! – Kobylański zarechotał w duchu.

Wtem drzwi otworzyły się gwałtownie.

– Panie prezydencie! – Halinka wbiegła, zdyszana, z pilotem w ręce. – Musi pan to zobaczyć!

Włączyła telewizor.

Na ekranie rządowego kanału informacyjnego widniał wielki czerwony pasek:

„Kim są nocni goście prezydenta? Śledztwo CBŚ. Zidentyfikowani: Śledziu, Gruby, Kucharz. Wszyscy zniknęli w tajemniczych okolicznościach…”

Na ekranie pojawił się komisarz CBŚ:

– Obecnie zbieramy informacje. Ostatni sygnał ich telefonów pochodził z okolic Pałacu Prezydenckiego. Prowadzimy śledztwo we współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Kobylański zbladł. Pot spłynął mu po karku.

– Wypierdalaj, Halinka! – wrzasnął. – Wypierdalaj natychmiast!

Zatrzasnął drzwi, wyłączył telewizor i rzucił pilotem o ścianę.

Zaczął chodzić w kółko, jak zwierzę w klatce. Co teraz? Co z sejfem? Co z monitoringiem? Co z kurwa…

Zadzwoniła komórka. Ta komórka.

Sięgnął po telefon:

„Dobry wieczór, panie prezydencie. Widzę, że trochę się panu uzbierało. Trup w sejfie, znikający znajomi, CBŚ już grzebie. Ale proszę się nie denerwować. Można to posprzątać. W całości. Profesjonalnie. Potrzebuję tylko prostej przysługi. Dla dobra Polski i Federacji Rosyjskiej. Może pan to załatwić. Tak jak kiedyś…”

Połączenie przerwano. Kobylański poczuł, że robi mu się niedobrze.

Wiedział, kto do niego zadzwonił. Znał go pod pseudonimem „Pułkownik”. Jego akcent i sposób mówienia obudził wspomnienia z przeszłości.

Z czasów, kiedy jeszcze był „Suchym”, a nie prezydentem. Gdy po pijaku podpisał papiery, których nie rozumiał. Gdy myślał, że to „tylko zabezpieczenie”.

Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach.

Popatrzył na telefon.

A potem na sejf.

I wtedy zrozumiał, że najgorsze jeszcze przed nim.

Dodaj komentarz