Wracałem ze sklepu w poczuciu zadowolenia z życia. Na szyi powiewał mi zielono-biało-czerwony szalik Legii, a butelki piwa wesoło pobrzękiwały w siatce. Plan na dzisiejszy wieczór był prosty: zamierzałem zwalić się na fotel, otworzyć browar i czipsy i obejrzeć transmisję meczu Legia – Chelsea. Ćwierćfinał Ligi Europy zapowiadał się emocjonująco.
Wchodząc do klatki schodowej, zauważyłem sąsiada z naprzeciwka.
– Dobry wieczór – powiedział emeryt.
– A, dobry wieczór! Jak tam zdrowie, panie Władku? – Uśmiechnąłem się do niego.
– Ano po staremu – zachrypiał. – Jak to u starego dziada – dodał, zatrzymując się po przejściu trzech schodków. Jego oddech był krótki i urywany. Gdy złapał właściwy rytm, zapytał, wskazując laską na moją torbę:
– Jakaś impreza się szykuje?
– Od razu impreza – żachnąłem się. – Legia dzisiaj gra, więc browarek kupiłem, bo na suche gardło nie idzie oglądać.
Pan Władek pokiwał głową i westchnął:
– Też bym obejrzał, ale to nie dla mnie, proszę ja kogo. To już za późna pora. Do widzenia sąsiedzie.
– Do widzenia – rzuciłem do dziadka i wszedłem do mieszkania.
Wyciągnąłem z torby czteropak i włożyłem szybko trzy butelki do zamrażalnika. Niby nie były ciepłe, ale lubiłem, gdy browar był naprawdę zimny. Wsypałem czipsy do wielkiej miski, chwyciłem pozostawione piwo i pobiegłem do dużego pokoju. Zapadłem się w miękki fotel i włączyłem telewizor. Otwierana butelka psyknęła przyjaźnie, a ja poczułem, że dokładnie na ten moment czekałem cały dzień.
Pod koniec meczu miałem zupełnie inny nastrój. Legia przegrywała trzema golami, a całość gry mojej drużyny stała na poziomie kopaczy z piątej ligi w Pcimiu Dolnym. Westchnąłem rozczarowany i dopiłem resztkę piwa. Nagle zauważyłem jakieś mignięcie światła. Spojrzałem i zdrętwiałem z przerażenia. W wejściu do pokoju stała jakaś ciemna postać. Poderwałem się z fotela, przewracając butelki.
– Co jest, kurwa?! – krzyknąłem zawstydzająco piskliwym głosem.
Postać nie odpowiedziała. Przekrzywiła głowę, przyglądając się mi dokładnie. Jej twarz była niewyraźna, jakby zamglona. Wyszarpnąłem z kieszeni telefon i ryknąłem:
– Wypierdalaj z mojego mieszkania! Dzwonię na policję!
Wskoczyłem za fotel, czując się tam jakoś bezpieczniej, i wystukałem sto dwanaście. Czekając na połączenie, wyjrzałem ostrożnie zza oparcia. Postać zniknęła.
– Operator numeru sto dwanaście, proszę mówić! – ze słuchawki dobiegł mnie głos dyspozytora.
Wcisnąłem czerwoną słuchawkę. Po dłuższej chwili wstałem i sprawdziłem wszystkie pomieszczenia. W mieszkaniu nikogo nie było. Spojrzałem na walające się na podłodze butelki.
– Upiłem się, czy jak?
*
Następnego dnia nie mogłem zapomnieć o incydencie. W nocy budziłem się kilka razy i sięgałem po pozostawiony przy łóżku kij bejsbolowy. Jednak tajemnicza postać nie pojawiła się. Nie pojechałem do pracy. Po nieprzespanej nocy czułem się źle, a wypity browar szumiał mi w głowie. Postanowiłem zastosować zasadę „klin klinem wybijaj” i poszedłem do Żabki po małpkę.
Gdy wracałem, minął mnie pan Władek. Przywitałem się. Sąsiad spojrzał jakoś dziwnie, jakby mnie nie poznał.
Ostrożnie otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po mieszkaniu. Usłyszałem podejrzane odgłosy. Zajrzałem do kuchni. Przy zlewie krzątał się jakiś człowiek. Nagle odwrócił się i spojrzał na mnie. Poczułem, jakby krew nagle zastygła mi w żyłach.
Wrzasnąłem i uciekłem do łazienki. Trzęsącymi się rękoma wyciągnąłem telefon. Wybrałem numer alarmowy.
– Operator numeru sto dwanaście, proszę mówić!
– On tam jest! Jest w moim mieszkaniu! Jego twarz!!! On jest mną!!! – mówiłem nieskładnie.
– Proszę podać adres, skieruję natychmiast patrol i karetkę.
Podyktowałem, co trzeba i rozłączyłem się. Po cholerę ta karetka? – przemknęło mi przez głowę.
Przez jakieś dziesięć minut nasłuchiwałem odgłosów z mieszkania. Ten skurwiel panoszył się jak u siebie. Włączył telewizor i, sądząc po brzęku szkła, raczył się moimi skromnymi zapasami!
Po jakimś czasie usłyszałem energiczne pukanie do mieszkania.
Intruz otworzył drzwi wejściowe.
– Zamknął się tutaj – dobiegł mnie jego głos.
Zobaczyłem, jak klamka łazienki ugina się pod naciskiem czyjejś dłoni. Na szczęście zablokowałem się od środka.
– Proszę otworzyć. Nic panu nie grozi – powiedział ktoś z przedpokoju.
Uchyliłem drzwi i ujrzałem umundurowaną postać, a za nią barczystego pielęgniarza w białym kitlu.
Wyszedłem z łazienki. Przy otwartych drzwiach wejściowych zobaczyłem intruza.
– To on! On tu wchodzi jak do siebie! Aresztujcie go! Ukradł mi twarz! – wrzasnąłem
– Tylko spokojnie – powiedział policjant, nieznacznie zerkając na pielęgniarza. Ten wyprostował się i wyciągnął ręce w moją stronę.
– Puszczaj, chamie! – wydarłem się. – To tamtego macie schwytać!
Obcy pokręcił głową i szepnął coś do oficera, robiąc ręką kółko przy czole.
– Panie Bartku, co się dzieje? – od strony drzwi wejściowych stał pan Władek i patrzył się zdziwiony na scenę w moim mieszkaniu.
– Panie Władziu! Niech pan im powie, że ja tu mieszkam. To tego mają aresztować! – pokazałem oskarżycielsko palcem w stronę postaci, która patrzyła na mnie z politowaniem. Znałem ten wyraz twarzy aż za dobrze.
Sąsiad zignorował mnie i podszedł do intruza.
– To ten, o którym pan mi opowiadał wczoraj? Że wchodzi do pańskiego mieszkania? – zapytał.
– Co ty pierdolisz, dziadu głupi! – zawyłem, wyrywając się pielęgniarzowi.
– Naćpany albo wariat – skwitował moje zachowanie ten skretyniały emeryt. – Gdyby potrzebował pan zeznań w sądzie, to chętnie pomogę – powiedział, a „nowy ja” pokiwał głową ze zrozumieniem.
Pielęgniarz wyniósł mnie z mieszkania, trzymając w stalowym uścisku.
– Zaraz dostaniesz haloperidol i wszystko wróci do normy – powiedział pieszczotliwie i władował mnie do karetki.
Przywiązany pasami do wąskiego łóżka, rzucałem się jak ranny tygrys:
– Wypuśćcie mnie! On zabrał mi twarz! Zabrał mi życie! – darłem się, ale mój krzyk pozostał wyłącznie ze mną. Czyli z kim?
*
– Zna pan tego człowieka? – zapytał policjant patrząc na Bartka i zapisując coś w notesie.
– Niestety panie oficerze, ale nie. To jakiś nieznajomy.