Dwór
Normandia pachniała morzem i wilgotną ziemią. Zielone pagórki, przecinane żółtymi pasmami rzepaku, tworzyły razem z błękitnym niebem spokojny, niemal sielankowy pejzaż. Wynajęty przez Pawła i Joannę Opel Corsa toczył się leniwie po szarych wstążkach asfaltu, mijając kolejne wioski, jakby wyrwane z dawnych czasów: kamienne domy, łuszczące się okiennice, stare kapliczki na rozstajach. Joanna obserwowała z zachwytem przesuwający się za oknem krajobraz.
– Mogłabym tu zamieszkać – rozmarzyła się dziewczyna.
– Jasne! I ciekawe, co byś tu robiła? – z przekąsem skomentował Paweł. – Prowadziłabyś te swoje terapie dla tych wieśniaków?
– A dlaczego by nie? – zaczepnie odpowiedziała Joanna. – Myślisz, że nie dałabym rady?
Paweł poczuł, że rozmowa schodzi na niebezpieczne tory.
– Chodziło mi o to, że miejscowi nie mają pojęcia o tych, jak to ty mówisz, „zaburzeniach czucia głębokiego”.
– Pojęcia to ty nie masz o mojej pracy. Poza tym nie zapominaj, że jestem też dyplomowaną fizjoterapeutką! Na pewno coś bym znalazła.
„Z babą nie wygrasz” – westchnął w duchu Paweł i zerknął na GPS.
– Mamy jeszcze dziesięć kilometrów do kwatery – rzucił. – Ale przy tej prędkości dojedziemy tam chyba za godzinę – westchnął znad kierownicy.
Ku jego zdziwieniu samochody we Francji poruszały się zaskakująco wolno. Inaczej niż w Polsce, gdzie każdy za punkt honoru stawiał sobie łamanie przepisów drogowych. Tutaj wszyscy jechali grzecznie, przestrzegając ograniczenia prędkości.
Paweł spojrzał na znak. Trzydzieści. Zgrzytnął zębami. – Francuzi – pomyślał.
– Przypomnisz mi, gdzie właściwie jedziemy? – zapytała Joanna, przeglądając coś w telefonie.
– Jakiś manir des pawements – wydukał wymawiając z trudnością nazwę kwatery.
Joanna wydęła usta w geście dezaprobaty.
– Manoir – poprawiła, przeciągając francuskie „r”. – Poza tym nie „des”, ale „de”! Z twoją znajomością języków obcych raczej nie miałbyś czego szukać za granicą.
Paweł tylko wzruszył ramionami.
– Manir, manłar… co za różnica! A po angielsku wszędzie się dogadam.
– Aha! Twoje „senkju from ze mauntyn” zrozumie każdy – zaśmiała się dziewczyna, po czym nachyliła się i pocałowała go czule w policzek, widząc pochmurną minę narzeczonego.
– Nie złość się, żartowałam sobie – dodała i wpisała nazwę noclegu w telefon.
Przewinęła kilka wyników wyszukiwania i uniosła ze zdumienia brwi.
– XVI-wieczna posiadłość – mruknęła. – Chyba jest naprawdę stara.
Spojrzała przez szybę na ciągnące się wokół pola i kępy lasu. Droga wydawała się prowadzić donikąd. Joanna wróciła wzrokiem do artykułu w telefonie.
– Dwór zbudowano w 1561 roku przez Thomasa de la Reue, fundatora kościoła św. Jacka w Lisieux – przetłumaczyła na głos notkę z francuskiej Wikipedii. – Niesamowite! Będziemy mieszkać w prawie pięćsetletnim domu!
– Czyli bez klimatyzacji i ogrzewania – skrzywił się Paweł. – W nocy będzie zimno, a w dzień gorąco – westchnął z rezygnacją i dodał: – A cena była dość wysoka.
– A czego się spodziewałeś? – zdziwiła się dziewczyna. – To nie jest jakaś przybudówka nad garażem, jak w Colleville.
Wspomniała ich poprzednią kwaterę – nijaką klitkę w nowowybudowanym domku jednorodzinnym.
– Niby nie, ale tam przynajmniej było PlayStation.
Joanna tylko przewróciła oczami i wróciła do lektury.
– W 1890 roku ostatni potomek rodu de la Reue zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, a posiadłość przeszła w ręce zamożnego kupca z Paryża. Manoir zyskał oficynę, w której znajdował się warsztat rzemieślniczy.
Dziewczyna zamilkła i przesuwała wzrok po tekście.
– No i co z tym warsztatem? – rzucił Paweł.
– Nic nie wspominają. Jest napisane, że kupiec zaginął równie tajemniczo jak dziedzic rodu de la Reue. W 1930 roku dwór przekształcono w dom dla pielgrzymów odwiedzających grób świętej Teresy w pobliskim klasztorze karmelitanek.
– Nareszcie to cholerne Lisieux! – krzyknął nagle Paweł, a Joanna drgnęła przestraszona.
*
Jechali przez około dziesięć minut, aż dotarli do ulicy d’Orbec. Po lewej stronie ujrzeli solidny mur oraz stalową bramę. Zza muru wyłaniał się niszczejący budynek z charakterystyczną dla Normandii elewacją colombage – coś w rodzaju znanego z Warmii i Mazur muru pruskiego. Paweł podjechał do bramy i zerknął na towarzyszkę.
– Sprawdź, czy jest tam jakiś domofon – wskazał palcem na widniejącą przy bramie metalową klawiaturę.
Joanna wysiadła bez słowa. Po chwili wróciła.
– Nikt nie odpowiada. Pisz do nich.
Paweł wyciągnął telefon i mozolnie wystukiwał wiadomość do właścicieli kwatery. Zanim skończył, skrzydła bramy zaczęły się bezszelestnie uchylać, ukazując pokryty drobnymi kamyczkami podjazd. Na podwórzu nikogo nie było widać.
Wjechali na teren posiadłości i wysiedli z samochodu, który Paweł zaparkował przy niewielkiej szopie.
– Łał! – krzyknęła Joanna, patrząc na otaczające ich zabudowania. – Tu jest mega fantastycznie!
Paweł był bardziej sceptyczny. Z powątpiewaniem patrzył na zgarbioną stodołę, której chyba niewiele było trzeba, żeby się całkowicie zawaliła.
– My tu mamy mieszkać? – Rozejrzał się zdumiony.
– Bonjour!
Z zarośli widocznych po prawej stronie od bramy wyłonił się mężczyzna. Ubrany był w spodnie ogrodniczki, a w ręku trzymał długie i groźnie wyglądające nożyce do żywopłotu. Niespodziewany przybysz patrzył na nich wodnistymi, rybimi oczami. Wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat. Paweł odruchowo cofnął się w stronę samochodu.
– Bonjour! Je m’appelle Joanna.
– Jean-Pierre – odpowiedział krótko rybiooki.
Przez chwilę rozmawiali po francusku, po czym Joanna zwróciła się do narzeczonego:
– To jest właściciel. Jean-Pierre. Zaraz pójdziemy do kwatery. Musimy tylko poczekać na jego żonę.
– Ale po co?
– Nie mam pojęcia, ale zdaje się, że ona tu rządzi.
Paweł wzruszył ramionami. Otworzył bagażnik i wyciągnął dwie walizki. W tym momencie usłyszał ponowne „bonjour”. Podniósł wzrok i ujrzał przed sobą wysoką kobietę w stroju do jazdy konnej. Wyglądała na młodszą od męża. Miała niespotykaną kreolską urodę, którą szpeciły braki w uzębieniu.
– Bążur – wymamrotał.
Kobieta patrzyła na nich nieruchym wzrokiem. Jej oczy, niemal całkowicie pozbawione białek, sprawiały upiorne wrażenie.
Joanna uśmiechnęła się do niej niepewnie i ponownie się przedstawiła. Ta jednak stała milcząc.
– C’est ma femme, Natalie – pośpieszył z wyjaśnieniem Jean-Pierre. – Elle est un peu timide.
Dziewczyna przetłumaczyła, a Paweł mruknął w odpowiedzi:
– Nieśmiała? Jak dla mnie, to ona w tych wysokich oficerkach wygląda jak esesman z obozu koncentracyjnego.
Chwycił walizki za uchwyty i spojrzał pytająco na dziwną parę. Natalie odwróciła się i machnęła na nich ręką, wskazując kierunek.
Główny budynek Manoir des Pavements składał się z dwóch części. Prawa, wyraźnie starsza, z tradycyjną normandzką elewacją, aż prosiła się o remont. Lewa wyglądała na zdecydowanie bardziej współczesną. Wykonane z cegły mury, według Joanny, wskazywały na dziewiętnasty lub nawet początek dwudziestego wieku.
Wewnątrz powitało ich wysokie sklepienie i kręte, drewniane schody. Na lewo od wejścia widoczne było spore pomieszczenie z kominkiem i wielkim, rzeźbionym stołem. Joanna spróbowała zajrzeć do środka, ale Jean-Pierre pchnął ją lekko do przodu, tak że zdołała ujrzeć tylko szafy wypełnione starymi książkami i zawieszone na ścianach obrazy.
– On’y va au premiere étage! – powiedział karcącym tonem.
– Co on gada? – stęknął Paweł, targający dwie walizy.
– Idziemy na pierwsze piętro – wyjaśniła Joanna, trochę zaskoczona obcesowością gospodarzy.
– Dżizas! Mam to wnieść po tych wąskich schodach?
– Pomogę ci i jakoś damy radę. – Joanna chciała przejąć od niego mniejszą, różową walizkę, ale Paweł zaprotestował.
– Idź na górę i otwórz drzwi. Bagaż wezmę na raty.
Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością do chłopaka i w podskokach pobiegła na górę. Jean-Pierre i Natalie stali w milczeniu, patrząc na niego.
– Aj łil tejk bagaż na górę… mauntyn, znaczy ap – wydukał i ruszył za Joanną.
Właściciele stali bez ruchu, wpatrzeni w pozostawioną walizkę.
– Ty, oni są jacyś dziwni – szepnął Paweł do narzeczonej, gdy wdrapał się po schodach.
– No, może trochę – przytaknęła. – Ale zobacz, jaki dostaliśmy apartament!
Pchnęła drzwi i weszła do wewnątrz. Stanęła na środku ogromnego salonu i zakręciła piruet:
– Tutaj można urządzić przyjęcie na sto osób!
Paweł wtoczył walizkę przez próg i rozejrzał się po pomieszczeniu.
– No, niezła chawira.
Podszedł do stojących przy wejściu zbroi rycerskich z wetkniętymi w stalowe rękawice halabardami. Uniósł przyłbicę jednego z hełmów i zawołał:
– Baaaczność!
W tym momencie z wnętrza zbroi dobiegło jakieś chrobotanie. Paweł odskoczył z wrzaskiem.
– Aaaaa!!! Tu są szczury!
Zza opartej o ścianę tarczy wysunął się szary, pręgowany kotek. Joanna wybuchnęła serdecznym śmiechem.
– Weź lepiej zejdź po resztę bagażu. U ciebie w walizce jest moja kosmetyczka, a chciałabym się w końcu odświeżyć.
Trochę przestraszony, ale chyba bardziej oburzony, Paweł burknął coś pod nosem i zszedł po schodach na dół. Zanim jednak dotarł do parteru, zatrzymał się na półpiętrze i spojrzał osłupiały na scenkę na dole.
Gospodarze stali nieruchomo, pochyleni nad walizką i – Paweł mógłby przysiąc – obwąchiwali ją.
Co jest do cholery… – pomyślał i dodał głośno: – Okej! Aj tejk dys bagaż.
Jean-Pierre i Natalie spojrzeli na niego w milczeniu.
– Pardą – Paweł delikatnie wszedł pomiędzy walizkę i mężczyznę, który z niewiadomego powodu nadal dzierżył w dłoni sekator.
To jakieś popieprzone miejsce – pomyślał i poczuł, że zrobiło mu się trochę nieswojo.
– Ty, oni wąchali naszą walizkę! – powiedział cicho, gdy znalazł się ponownie na górze.
– Wcale się nie dziwię – zaśmiała się Joanna. – A ciebie nie zastanawia ten smrodek? – wskazała bagaż.
Paweł spojrzał na nią zdziwiony, ale pochylił się i pociągnął nosem ostrożnie. Dało się odczuć delikatny zapach – jakby starych skarpet, które ktoś wyłowił z ubikacji. Dotarło do niego:
– To te sery dla rodziców! – zawołał z niejaką ulgą.
– Mam nadzieję, że tak – zaśmiała się dziewczyna. – Bo jeśli nie, to chyba przewozisz tam trupa.
Paweł trochę zbladł. Ewidentnie atmosfera dworu nie nastrajała go do takich makabrycznych żartów.
Usłyszeli skrzypienie schodów. Po chwili do ich apartamentu weszli Jean-Pierre i Natalie. Zamknęli za sobą drzwi i usiedli w milczeniu na dwóch tapicerowanych krzesłach.
Paweł spojrzał zaniepokojony na narzeczoną i szepnął po polsku:
– Dlaczego oni tu siedzą? Powiedz im, że chcemy się kłaść spać.
Joanna chrząknęła i odezwała się po francusku do gospodarzy:
– Jest już późno i chcielibyśmy odpocząć. Ale jutro chętnie porozmawiamy o…
– Na to mamy całą wieczność – wszedł jej w słowo Jean-Pierre. – A tymczasem śpijcie dobrze. Kto wie, co przyniesie noc.
– O czym on mówi? – Paweł nachylił się do narzeczonej.
– Nie wiem – syknęła. – Coś o wieczności i żebyśmy dobrze spali.
– Ja to na pewno się już kimnę – powiedział Paweł i demonstracyjnie usiadł ciężko na pokrytą haftowaną narzutą kanapę. – Aj em gona slip – dodał kulawym angielskim.
Natalie i Jean-Pierre spojrzeli po sobie i bez słowa wyszli z apartamentu.
Zamek w drzwiach szczęknął sam. Joanna rzuciła się do klamki – nie ustępowała.
– Zamknęli nas? – wyszeptała.
– Może to ich wersja gościnności… – zażartował Paweł, ale bez przekonania.
– Nie uważasz, że dziwnie się zachowują? – Joanna usiadła obok Pawła.
– Kompletnie pochrzanieni. Ale czego tu wymagać. Francuzi! Przecież to my nauczyliśmy ich, jak korzystać z widelca.
*
Następnego dnia postanowili zwiedzić miasto. Joanna chciała koniecznie pójść do kościoła świętego Jacka i poszukać informacji o pierwszym właścicielu Manoir des Pavements – Thomasie de la Reue.
Dwór zafascynował ją. Świadomość przebywania w prawie 500 letniej posiadłości działała na wyobraźnię.
– Pomyśl tylko – mówiła gorączkowo do Pawła. – Ta posesja była świadkiem wojen religijnych, nocy św. Bartłomieja, Rewolucji Francuskiej, panowania Ludwika XIV i Napoleona!
– No. – mruknął Paweł. – A ten Bartłomiej to niby kto? Król jakiś?
Joanna spojrzała na niego z osłupieniem.
– Żartujesz sobie, prawda?
– Skąd mam wiedzieć kto to był! Nie każdy jest tak oczytany jak ty!
Joanna westchnęła tylko i wyciągnęła mapkę Lisieux. Do kościoła mieli około dwóch kilometrów.
– Hmmm. Piechotą to prawie półgodziny. Chyba lepiej będzie pojechać tam samochodem. – Zarządziła.
Paweł wzruszył ramionami i dźwignął się z kanapy.
– No dobra. Jedźmy tam – powiedział z rezygnacją.
Zdecydowanie bardziej wolałby spędzić dzień w pięknym, otaczającym dwór ogrodzie. Na leżaczku, z butelką cydru przy boku. Niestety. Jego partnerka zawsze chciała się włóczyć po jakiś zaułkach i bramach.
Pewnie jej były ją tego nauczył. Wielki pan fotograf! – pomyślał ze złością.
Wyszli na zewnątrz. Natalie stała przed domem i patrzyła na nich swoimi niepokojąco czarnymi oczami. Nie zareagowała na „bonjour” Joanny. Odprowadziła ich wzrokiem, gdy szli w kierunku bramy. Przy ich oplu stał Pierre, z nieodłącznym sekatorem w dłoni.
– Ou allez-vous?
– Nous voulons visiter l’église Saint Jacques – odpowiedziała dziewczyna.
W wodnistych oczach starszego mężczyzny pojawił się błysk niezadowolenia.
– L’église est fermée. Mieux vaut ne pas y aller!
– Co on gada? – zapytał Paweł.
– Mówi, że kościół jest zamknięty i żeby tam nie iść.
– No to gra muzyka! – ucieszył się jej partner. – Możemy zostać i walnąć się na leżak!
– Nic z tego – zaprotestowała. – Idziemy zwiedzać!
Paweł zmełł w ustach przekleństwo.
Zaparkowali w centrum miasta, przy alei Victora Hugo. Masywna gotycka sylwetka kościoła górowała nad okolicą. Joanna otworzyła Wikipedię w komórce:
– Tu piszą, że ten kościół został zdesakralizowany w 1965 roku! Zmienili go w centrum kulturalne!
– I pewnie nadal chcesz tam iść? – Paweł spojrzał na nią z rezygnacją.
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko ruszyła energicznie przed siebie. Co chwilę chwytała wiszący na szyi aparat i robiła zdjęcia mijanym budynkom.
– Wow! Ale piękne drzwi! Zobacz!
– Aha. – W głosie chłopaka trudno było dosłyszeć entuzjazm.
Gdy dotarli do skrzyżowania z Rue au Char, kościół wyłonił się przed nimi w pełnej okazałości.
Był piękny!
Joanna cyknęła kilka fotek i wbiegła po schodach prowadzących do wejścia. Nacisnęła pokrytą ornamentami mosiężną klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły.
– Widzisz! Zamknięte! – zauważył z satysfakcją zdyszany Paweł, który próbował dotrzymać jej kroku.
Dziewczyna rozejrzała się. Nieopodal kościoła, na ławeczce, w cieniu rozłożystego platanu, siedział staruszek i patrzył się na nich ciekawie.
Podeszła do niego bliżej.
– Bonjour ! Savez-vous si on peut entrer dans l’église?
Dziad zamlaskał i, ku jej zaskoczeniu, odezwał się po angielsku:
– A po co tam włazić panienko. Nic dobrego tam nie ma.
– Ojej! Nie wiedziałam, że mówi pan po angielsku! Szukam informacji o fundatorze kościoła. To jakiś Thomas de la Reue. Mieszkamy w dworku, który do niego należał.
Starzec spojrzał na nią przenikliwie.
– W Manoir des Pavements? – zapytał chrapliwie. A gdy dziewczyna przytaknęła, jego twarz stężała. Nachylił się do niej tak blisko, że poczuła oddech przesycony wilgocią i czymś zgnitym.
– Dziecko, posłuchaj mnie i uciekaj, póki możesz. To miejsce należy do czegoś, co nie powinno istnieć.
Dziewczyna poczuła, jak zimno ściska jej kark.
– Ale… co pan ma na myśli? Co to znaczy?
Starzec nie odpowiedział od razu. Zamiast tego zadrżał, jakby nasłuchiwał czegoś za jej plecami. Potem spojrzał na nią z mieszaniną litości i strachu.
– To już jest w tobie… – wychrypiał. A potem zerwał się z ławeczki i zaczął się oddalać nieporadnym krokiem, chwiejny, jakby każdy ruch kosztował go wysiłek. Nie odwrócił się ani razu.
Joanna stała nieruchomo, jakby nagle zrobiło się zbyt cicho. Nawet liście przestały szeleścić.
– Co ten dziad mówił?
– Ostrzegł, żebyśmy uciekali.
– Uciekali? Skąd?
– Z dworu!
– Ale tam są moje rzeczy. Laptop i konsola! – zaprotestował Paweł.
Dziewczyna spojrzała na niego z wahaniem. Sama też nie miała ochoty zostawiać swojej walizki. Miała tam pamiątki i prezenty dla rodziny.
– Dobra. Wpadamy po bagaż i uciekamy.
– Czym cię ten facet nastraszył? – indagował jej partner, gdy szybkim krokiem zmierzali do samochodu.
– Sama nie wiem. Twierdzi, że to jakby przeklęte miejsce. A! I dodał, że: „to już we mnie jest”.
– Niby co?
– A skąd mam wiedzieć! Ale przyznaj sam, że jest tam jakoś dziwnie. Ci gospodarze… A ten gość pod kościołem chyba nie żartował. Był autentycznie przerażony!
Do dworu dojechali w pięć minut. Joanna wyskoczyła z samochodu i wstukała kod do bramy, która otworzyła się z cichym zgrzytem.
Starając się nie robić hałasu, skierowali się do budynku. Stare drewniane schody zdradliwie skrzypnęły pod ich stopami. Zamarli bez ruchu, ale nikogo nie zauważyli.
– Idziemy! – rzuciła szeptem dziewczyna.
Weszli do pokoju. Joanna złapała swoją walizkę. W tym momencie drzwi zamknęły się z hukiem. Paweł szarpnął za klamkę, ale bez rezultatu. Byli zamknięci.
Joanna otworzyła szeroko okno i oceniła odległość od ziemi. Około trzy, cztery metry. Za wysoko.
– Co to jest? – zapytał Paweł. W ręku trzymał jakąś wielką księgę.
– Zostaw to! Musimy się spakować i jakoś stąd wydostać!
– Była w mojej walizce. Ty ją tu włożyłaś?
Dziewczyna wzięła wolumin z rąk Pawła. Była to oprawiona w skórę książka. Wyglądała na bardzo starą.
–To kronika Manoir des Pavements! – wyjaśniła szeptem. – Może coś nam wyjaśni?
– I co tam piszą?
– To w starofrancuskim. Nie wiem, czy dam radę odczytać.
Przez chwilę przeglądała kronikę, próbując zrozumieć jej treść. Doszła do ostatnich stron i uniosła brwi w zdumieniu.
– Na końcu są wpisane odręcznie jakieś imiona. Jest ich całe mnóstwo!
– Pokaż – zainteresował się Paweł.
Oboje przez chwilę oglądali zapisy w księdze. Na początku listy były wyłącznie imiona francuskie: Jean-Pierre, Natalie, Louise, Antoinette, Françoise, Nicolas, Jacques… Dalej zaczęły się pojawiać angielskie, niemieckie i włoskie. Niektóre imiona zapisane były parami, inne pojedynczo. Były też wiersze z trzema, czterema, a nawet pięcioma – Joanna pomyślała, że być może to rejestr gości. Przy każdej pozycji widniała data. Od 1785 roku, aż do…
– Jezu! Tu są nasze imiona! – krzyknęła zduszonym głosem.
Istotnie, w ostatnim wierszu widniało: 25 avril 2025: Joanna et Pawel.
– Kiedy oni zdążyli to wpisać?! – zawołała, zapominając o zachowaniu ciszy.
– Pewnie wtedy, gdy zrobiłaś rezerwację – odpowiedział niepewnie Paweł.
– Ale przecież na Bookingu nie podawałam twojego imienia.
Przekartkowała kronikę do początku listy. Na górze widniał tytuł: Cil qui remés.
– Co to znaczy?
– Nie wiem dokładnie. Na studiach miałam starofrancuski, ale niewiele z tego pamiętam. „Cil” to chyba dawna forma „ceux” – czyli „ci”, albo „oni”. A „remés” przypomina mi dawną formę czasu przeszłego od „rester” – zostali. „Ci którzy pozostali” – dodała blednąc.
Spojrzała jeszcze raz na kronikę. Pierwsze imiona: Jean-Pierre i Natalie, 21 août 1785.
Jean-Pierre et Natalie. Czy to są… – Joanna poczuła zimny dreszcz na plecach.
Nagle oboje usłyszeli cichy szum, w którym jakby z oddali wybrzmiewały szepty:
Jean-Baptiste, Marie–Anne, Henri, Etienne, Richard, Cécile, John, Mary…
W pokoju zrobiło się duszno, a z podłogi zaczął unosić się kurz. Dziewczyna, w przerażeniu, obserwowała, jak drobinki pyłu formują się w zarysy postaci – kobiet i mężczyzn w dziwnych strojach. Były też dzieci, trzymające mamę lub tatę za rękę.
Soyez les bienvenus, thou art welcome, seid mir willkommen…
Słowa wybrzmiewały coraz wyraźniej. Joanna spojrzała na Pawła. Jego sylwetka zafalowała. Dziewczyna podniosła dłonie do twarzy. Niewielka cząsteczka pyłu oderwała się od jej kciuka. Po chwili kolejna. I następna. Poczuła, że rozpada się na atomy.
– Co się, kurwa, dzieje?! – krzyknął Paweł. – Ty znikasz!
Jean-Pierre, Natalie…
Joanna
Paweł
Witajcie…
Chłopak wrzasnął z przerażenia, rzucił się do okna i wyskoczył na miękką trawę.
– Paweł! Paweł, błagam! Nie zostawiaj mnie! Ja… ja chyba umieram! Słyszysz?! – Z góry dobiegł go jej głos, który urwał się nagle, jakby ktoś ściszył go jednym ruchem ręki.
Kulejąc, dopadł do samochodu. Cofnął przez bramę. Wypadł tyłem na ulicę. Wrzucił bieg i ruszył z piskiem opon. Tuman kurzu wzbił się w powietrze i zawisł jak dym.
*
W drzwiach zgrzytnął klucz. Mężczyzna wszedł do mieszkania i oparł się plecami o ścianę. Był wyraźnie wyczerpany. Twarz miał poszarzałą. Zmęczenie po podróży wciąż w nim siedziało. Z lotniska w Modlinie na Ursynów jechał ponad godzinę, w cuchnącym Uberze, który trząsł się na każdej dziurze.
Wszedł do kuchni, nalał sobie szklankę wody i wypił ją duszkiem.
– Pojebane to – mruknął. – Coś trzeba wymyśleć dla jej rodziców.
Zdjął buty i poszedł do salonu. Rzucił się na kanapę i przymknął oczy.
Syk.
Najpierw ledwie słyszalny. Potem coraz bliższy.
Otworzył oczy. W mieszkaniu nikogo nie było.
Syk trwał. I wtedy z jego wnętrza wyłonił się głos.
– Zostawiłeś mnie…
Zesztywniał.
– A mnie się nie zostawia…
Chciał wstać, ale nie mógł.
Słyszał tylko dźwięk. Szmer, jakby czyjś oddech.
– Paweł…
– Widziałeś, jak umierałam. I nic?
– Chodź. Już czas.
Cisza zapadła gwałtownie.
Kanapa była pusta.
Nie było śladów.
Tylko w powietrzu, przez krótką chwilę, unosił się drugi oddech.
Cichy. Równy.
Idealnie zsynchronizowany z jej.