Stacja znajdowała się między Wólką Jaworską a Zbędowem – dwoma podkarpackimi wioskami, o których nie wspominano nawet w prognozach pogody. Żeby tu trafić, trzeba było zjechać z drogi krajowej na zarośniętą szutrówkę, minąć zrujnowany przystanek z napisem „Zbędowo – Kolonia” i pokonać dwa kilometry leśnej ciszy. Latem pachniało tu żywicą, a zimą wilgocią i czymś gnijącym.
Budynek stacji był reliktem z czasów, kiedy płaciło się gotówką i pytało o olej do dwusuwa. Przez zakurzone szyby widać było skromne wnętrze: półkę z kilkoma butelkami alkoholu, lodówkę z trzema izotonikami, regał z czipsami i kontuar ze starym fotelem, na którym drzemał mężczyzna. Miarowy odgłos jego chrapania był jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę tego zapomnianego przez Boga i ludzi miejsca. Na kolanach mężczyzny leżała otwarta broszura z krzyżówkami. Ołówek wypadł mu z ręki i leżał na podłodze, jakby w oczekiwaniu na dalszy ciąg zmagań z hasłami. Elektroniczny zegar ścienny wskazywał kwadrans po dwunastej.
Wysłużony fotel jęknął, gdy śpiący człowiek poruszył się niespokojnie i otworzył oczy.
– Gdzie ja jestem?
Spojrzał na otwartą krzyżówkę. Była w połowie wypełniona. Do rozwiązania brakowało kilku liter w głównym haśle.
– „M___ER_A” – przeliterował.
Wzruszył ramionami i przekartkował książeczkę. Miała wytartą okładkę i zagięte rogi. Zauważył, że większość łamigłówek była rozwiązana. Wstał i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.
– Co ja tutaj robię? – rzucił pytanie w przestrzeń. Odpowiedziała mu cisza. Mężczyzna spojrzał na swoje dłonie, po czym dotknął twarzy i potarł szorstki od zarostu podbródek. Jego wzrok padł na stojącą naprzeciwko chłodziarkę z napojami. W jej szklanych drzwiach zobaczył swoje niewyraźne odbicie. Powoli w jego głowie zaczęły pojawiać się skrawki świadomości. Jakby czyjaś jaźń coś mu podpowiadała.
– Jestem Roman – powiedział niepewnie na głos. Imię zabrzmiało obco.
Spojrzał na zegar. Pomyślał, że zwykle o tej porze odgrzewał sobie zupę, którą przygotowywała jego córka. Nie czuł jednak głodu.
– Mam córkę? – powiedział do siebie. Ponownie na jego twarzy pojawiła się niepewność.
Spojrzał przez oszklone drzwi stacji. Dwa czerwone dystrybutory stały spokojnie, jakby w oczekiwaniu. W promieniach słońca widać było unoszony przez powiewy wiatru kurz i piasek. Na zewnątrz nie było żywej duszy.
Wtedy przed stację zajechał samochód. Auto zatrzymało się bezszelestnie, a chromowane felgi błysnęły w słońcu. Kierowca wysiadł i sięgnął po pistolet dystrybutora. Człowiek o imieniu Roman zmrużył oczy. Znał ten wóz. Tylko skąd? Wydawało mu się, że rozpoznaje też tankującego paliwo. Młody chłopak. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat.
– Kim ty jesteś? – wyszeptał mężczyzna.
W tym momencie w głowie poczuł obezwładniający ucisk i pochylił się trzymając dłonie przy skroniach. Ból był nagły, ale po sekundzie przeszedł i w jego miejscu pojawiła się myśl: „Muszę skasować go za benzynę”. Chciał ruszyć do drzwi, ale zatrzymał się w pół kroku.
„Weź terminal z zaplecza” – kolejna instrukcja sprawiła, że jak automat zawrócił i skierował się do widocznej w głębi pomieszczenia kanciapy.
Urządzenie było podłączone do ładowarki. Mężczyzna podniósł je i dokładnie obejrzał. Ekran jarzył się zieloną poświatą. Wyciągnął wtyczkę z terminala i odłączył zasilacz z kontaktu. Nagle usłyszał trzaśnięcie drzwi. Chwilę później do jego uszu dotarł dźwięk buksujących opon.
– Co jest, do diaska!? – krzyknął i wybiegł z zaplecza.
Po samochodzie zostały tylko unoszące się w promieniach słońca tumany kurzu.
Mężczyzna westchnął i zbliżył się do kontuaru. Poniżej lady zauważył telewizor, na którym widoczny był obraz z monitoringu. Ekran podzielony był na cztery sektory. W lewym górnym rogu zobaczył dystrybutory.
– Trzeba przejrzeć nagranie. Zaraz sprawdzimy, co to za ancymon! – Zatarł ręce z satysfakcją. I wtedy znieruchomiał. – „Ancymon”? Co to jeszcze było? „Do diaska”? No bez kitu, kto tak dzisiaj gada! Pogięło mnie czy jak?
Otrząsnął się i podszedł do monitora. Przyklęknął i uważnie obejrzał sprzęt. Nie miał pojęcia, jak włączyć nagranie sprzed pięciu minut. Pod telewizorem zauważył jakąś podłużną skrzynkę. Wyglądała jak przedpotopowy blueray. Zaczął losowo naciskać guziki na frontowym panelu, licząc na to, że uda się przejść do trybu odtwarzania.
Ból w skroniach uderzył ponownie. Opadł na kolana i jęknął.
– Co się ze mną u licha dzieje?
Podniósł się i wyciągnął z szuflady pilota do obsługi rejestratora monitoringu. Kliknął jeden z przycisków. Obraz z lewego górnego sektora zajął cały ekran. Roman wcisnął kolejny klawisz włączając przewijanie do tyłu. Uruchomił odtwarzanie od dwunastej piętnaście.
– Nic tu nie ma! – wyrzucił z siebie zdumiony, po obejrzeniu filmu.
Na czarnobiałym nagraniu widać było stanowiska tankowania oraz wyjazd ze stacji. W tle szara ściana lasu. Nic poza tym.
Pokręcił głową z niezadowoleniem.
„Będę musiał zgłosić to do serwisu” – pomyślał.
Poczuł przypływ senności. Usiadł w fotelu i zapatrzył się na widok za szklanymi drzwiami stacji.
⁂
Fotel zaskrzypiał. Mężczyzna otworzył oczy. Zegar na ścianie wskazywał dwunastą piętnaście.
Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Gapił się na leżącą na kolanach krzyżówkę. Na otwartej stronie widniało niedokończone hasło: „MOR_ER_A”.
Wstał, zrzucając sfatygowany zeszyt z łamigłówkami, i rozejrzał się nieprzytomnie. Za oknem stały dwa czerwone dystrybutory. Nieruchome jak posągi. Powietrze drgało w słońcu.
– Jestem Roman – powiedział. I jeszcze raz, głośniej – Roman!
Czuł jak narasta w nim niepokój. Coś było nie tak. Co za, kurwa „Roman”! Przecież inaczej miał na imię! Mężczyzna chwycił się za głowę i wrzasnął:
– Co się tu kurwa dzieje! Gdzie ja jestem?! Jezuuu!
Zaczął uderzać się pięściami w czoło, miotając przekleństwa i zaciskając oczy. Jakby chciał obudzić się z koszmaru. W końcu wrzaski przerodziły się w wycie, zakończone szlochem. Zatoczył się jak pijany i uderzył barkiem w chłodziarkę z napojami. Lodówka zachybotała się niebezpiecznie. Butelki zagrzechotały. Jedna z nich przewróciła się i z hukiem uderzyła w szybę od środka.
– Co tu się … co do cholery tu się dzieje? – Zastygł w bezruchu.
Spojrzał na rozlany napój, ściekający po ażurowych półkach przeszklonej witryny.
– Muszę to sprzątnąć – mruknął niewyraźnie.
Ruszył ciężko po kosz i ścierkę. Bolała go głowa. Najchętniej położyłby się spać.
„Za stary jestem na taką robotę” – zdążył pomyśleć, gdy usłyszał odgłos podjeżdżającego na stację samochodu.
– O-ho! Klient – powiedział półgłosem i zerknął w stronę lady, w poszukiwaniu terminala. Dziś już nikt nie miał przy sobie gotówki. Tylko ten plastik. – A za co ja jedzenie i witaminy dla Julki kupię? – utyskiwał, ale uśmiechnął się na wspomnienie córki.
Miał zostać dziadkiem, a że przyszły zięć zmył się, jak tylko usłyszał o rychłym ojcostwie, to właśnie na Romana spadł obowiązek wspierania ciężarnej. I finansowo, i emocjonalnie.
– Gdzie ten terminal?
Zastygł i jakby zawiesił się, wpatrzony w sylwetkę stojącą przy samochodzie. Wyglądała znajomo.
„Idź na zaplecze” – zabrzmiało mu w głowie i bez zastanowienia skierował się w stronę drzwi prowadzących do pomieszczenia technicznego. Gdy wracał, zobaczył jak jakaś postać przeskakuje przez kontuar, z butelką wódki w ręku.
– Stój złodzieju! – ryknął Roman rzucając się w pogoń za uciekającym chłopakiem.
Trzasnęły drzwi. Ból uderzył niespodziewanie. Mężczyzna przewrócił się na ziemię, roztrzaskując terminal na kawałki.
– Nie, kurwa, nieeee!– jęczał, trzymając się za głowę.
Nagle znieruchomiał i zasnął. Na zegarze świeciły czerwone cyfry: dwunasta piętnaście.
⁂
Otwieram oczy. Fotel skrzypi pod moim ciężarem. Zrywam się na nogi. Leżąca na moich kolanach krzyżówka spada na ziemię.
Co ja tu, kurwa robię!? Słyszę puls krwi w uszach. Stoję tak przez chwilę, czekając w napięciu na to, co ma się wydarzyć.
Silnik. Pisk hamulców.
Podbiegam do okna. Widzę samochód. BMW X3.
Zamieram.
– No bez jaj, przecież to moja bryka! Skąd się tu…
Zanim dokończyłem myśl, jak na automacie ruszam na zaplecze. Terminal. Muszę go mieć. Nie wiem, dlaczego, ale wiem, że muszę. Ciało samo się porusza, jakby rozumiało coś, czego ja nie ogarniam.
Trzaśnięcie drzwi. Hałas. Zawracam błyskawicznie.
Widzę typa w ciemnej bluzie. Przeskakuje przez kontuar i wybiega ze stacji. W ręce trzyma butelkę wódki.
– Ty, kurwa! – wrzeszczę.
Biegnę za nim, ale gnój siedzi już w moim aucie. Pociąga łyk prosto z butelki i pokazuje mi środkowy palec.
Zalewa mnie fala wściekłości.
Rozglądam się i pędzę w kierunku stojącej przy stacji starej Łady Nivy. Sięgam po kluczyki ukryte pod osłoną przeciwsłoneczną. Odpalam od strzała. Wciskam gaz do dechy. Ruszam zostawiając za sobą tumany kurzu.
– Dorwę cię, chuju – syczę przez zaciśnięte zęby.
BMW znika gdzieś między drzewami, ale coś mnie prowadzi. Wiem, gdzie skręcić.
Szutrówka. Las. Wąska droga. Zza zakrętu błyskają światła. Jest. Jedzie zygzakiem.
Widzę ją. Na środku drogi. Kobieta. Stoi nieruchomo. Nie widzi nadjeżdżającego auta.
BMW wjeżdża w nią z pełnym impetem. Zgrzyt metalu. Ciało uderza o drzewo z potwornym mlaśnięciem.
Krew. Kawałki plastiku. Butelka wódki wypada z beemwicy i roztrzaskuje się o pień.
Gwałtownie hamuję. Trzymam się kierownicy.
– Julka? – szepczę.
Wyskakuję z Łady.
Beemka stoi i dymi. Kierowca czołga się jak najdalej od wraku. Krwawi mocno z szyi.
Padam na kolana przy córce. Julka.
Jej klatka piersiowa jest zgnieciona jak metalowa puszka. Noga wygięta w nienaturalnym kącie. Twarz skurczona w koszmarnym bólu. Bez życia.
Łapię ją za rękę, szukając pulsu.
Widzę zegarek, który dostała ode mnie na urodziny.
Zgon o dwunastej piętnaście.
Patrzę na jej brzuch. Wydaję z siebie skowyt bólu. Dziecko.
Rzucam się do umierającego kierowcy.
– Coś ty zrobił?! Coś ty, kurwa, zrobił mojej córce?!
Potrząsam nim z całych sił.
Patrzę w jego twarz.
Widzę siebie.
Moje ręce. Moje usta, na których pękają czerwone bąble.
– Co ja zrobiłem… co ja, kurwa, zrobiłem…
Patrzę do góry. Gasnącym wzrokiem widzę jego pooraną zmarszczkami twarz.
Potrząsa mną, a jego łzy kapią na mnie.
Czuję, że to koniec.
– Tak mi, kurwa strasznie przykro.
⁂
Obudziłem się z ciężką głową. Przez kilka sekund nie mogłem się ruszyć, jakby coś wcisnęło mnie w fotel. Czułem znajomy zapach kurzu i rozgrzanego plastiku. W pomieszczeniu wibrowała cisza.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na zegar ścienny. Był kwadrans po dwunastej. Znowu.
Rozejrzałem się powoli, bez pośpiechu. Znałem ten widok – półki z alkoholem, regał z czipsami, zamglona szyba chłodziarki.
Spojrzałem w dół. Na moich kolanach leżała otwarta krzyżówka.
Nachyliłem się. Tym razem hasło było skończone.
Nie przeczytałem go na głos.
Nie musiałem.
Wiedziałem kim jestem. A w zasadzie, kim byłem.
I co zrobiłem.
W głowie słyszałem wycie oszalałego z bólu Romana. Czułem też zamierające skurcze mojego serca, pompujące do przerwanej tętnicy, ostatnie tchnienia życia.
Wysokoprocentową krew.
Przedzierająca się przez mój mózg jaźń Romana, dręczyła mnie cierpieniem ojca tracącego córkę i jej nienarodzone dziecko.
To było piekło.
Spojrzałem przez oszklone drzwi stacji na czerwone dystrybutory.
Za chwilę o wszystkim zapomnę.
Znowu będzie dwunasta piętnaście.
Do końca wieczności.
⁂
Wysłużony fotel jęknął, gdy śpiący człowiek poruszył się niespokojnie i otworzył oczy. Spojrzał na leżącą na jego kolanach otwartą krzyżówkę. Na górze strony widoczne było miejsce na główne hasło łamigłówki. Puste kratki, czekające na wpisanie właściwych liter.
Na wiszącym na ścianie zegarze, jarzyły się czerwienią cyfry.