Zegarek dziadka

Dzień zapowiadał się tak samo nudny jak zwykle. Siedziałem w kantorku, wciśniętym gdzieś między szklaną ladą a regałem pełnym pasków i baterii, i po raz kolejny tego dnia ogarnęło mnie znużenie. Wymiana baterii. Regulacja bransolety. Kolejna wymiana baterii. Ludzie przychodzili, rzucali krótkie „dzień dobry”, podawali mi zegarki i zerkali w telefon, czekając, aż skończę.

Kiedyś wydawało mi się, że zegarmistrzostwo to coś więcej. Że będę naprawiał i kalibrował skomplikowane mechanizmy, doskonalił precyzję ich działania, przywracał do życia prawdziwe dzieła sztuki. A teraz? Od rana do wieczora tylko rutynowy serwis i drobne naprawy. To nie tak miało być!

Westchnąłem i spojrzałem na zegarek. Jeszcze dwie godziny do zamknięcia. Pomyślałem, że jeżeli ponownie usłyszę „może mi pan skrócić pasek” to chyba kogoś zamorduję. Wyciągnąłem z szuflady najnowszy egzemplarz „Fine watchmaking journal” i pogrążyłem się w lekturze. 

– Przepraszam, czy mógłby pan spojrzeć na ten zegarek? – usłyszałem cichy głos.

Podniosłem wzrok znad magazynu i zobaczyłem przed sobą mężczyznę spoglądającego na mnie z niepewną miną. Miał około czterdziestki i był ubrany w elegancki garnitur. W ręku trzymał niewielkie etui.

Bez słowa wziąłem od niego pudełko i włożyłem okulary. Prawie gwizdnąłem ze zdumienia, gdy zobaczyłem co leży w środku. To nie był zwykły zegarek. To była Omega Tourbillon 30I. Jedna z najrzadszych, jakie kiedykolwiek powstały.

– To po moim dziadku – powiedział klient. – Właśnie zmarł… wie pan, zawał…, a i jego zegarek też stanął. Jakby mieli to samo serce – dodał przestępując z nogi na nogę.

Oglądałem w skupieniu to arcydzieło sztuki zegarmistrzowskiej. Prawdziwe haute horlogerie! Omega Tourbillon to pierwszy tego typu zegarek naręczny, w którym napęd zamknięty jest w obrotowej klatce. Dzięki temu mechanizm regularnie zmienia swoją pozycję względem sił grawitacji, co redukuje wpływ błędów pozycyjnych i poprawia dokładność zegarka. Z tego co pamiętałem wyprodukowano go pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku w limitowanej wersji. Podniecony wyciągnąłem z kieszeni telefon i włączyłem Google. Aż westchnąłem z wrażenia na widok wyników wyszukiwania. Miałem rację. W ręku trzymałem jeden z dwunastu kiedykolwiek wyprodukowanych egzemplarzy tego zegarka.

– Coś nie tak? – dobiegł mnie zaniepokojony głos mężczyzny. – Potrafi pan go naprawić? Bardzo mi na tym zależy.

„Facet nie ma pojęcia z czym do mnie przyszedł” – pomyślałem gorączkowo. – „Ten zegarek jest warty majątek!”.

– Myślę że tak – powiedziałem ostrożnie – Ale naprawa będzie kosztowna. To skomplikowany mechanizm i …

– Koszty nie grają roli – przerwał mi klient. – To dla mnie więcej niż tylko zegarek. Pomyślałem, że jeżeli uda się go uruchomić to będzie tak, jakby dziadek znowu był przy mnie. – Głos mężczyzny załamał się nieco.

– No tak … – nie bardzo wiedziałem co na to odpowiedzieć. – Proszę przyjść w przyszły wtorek.

– A czy dałby pan radę w ten piątek? W sobotę jest pogrzeb dziadka i … – klient urwał, zapewne pod wpływem ponownej fali wzruszenia.

– No nie wiem – cmoknąłem kilka razy chcąc podkreślić, że to niełatwa sprawa – Możliwe, że będę musiał ściągnąć części ze Szwajcarii, a wtedy trochę to potrwa…

– To może ja pójdę do kogoś innego – mężczyzna wyciągnął rękę po zegarek.

Moja reakcja była błyskawiczna. 

– Może jednak sprowadzanie części nie będzie konieczne. Proszę przyjść w piątek po południu. Najlepiej niech pan zadzwoni do mnie jutro to dam znać na którą godzinę możemy się umówić po odbiór zegarka – dodałem podając mu swoją wizytówkę. Nie mogłem dopuścić, żeby wymknęła mi się taka gratka. Pomyślałem, że zrobię dokładną dokumentację fotograficzną naprawy i napiszę artykuł do kilku branżowych czasopism.

„Może zaprosiliby mnie do Patka na interview” – rozmarzyłem się.

– Och to wspaniale! – klient wyraźnie się ucieszył. – Bardzo panu dziękuję! Aha, tylko prosiłbym, żeby nie nakręcał pan zegarka. Chciałbym go uruchomić na pogrzebie dziadka.

– Ale muszę sprawdzić czy działa – zaprotestowałem.

– Proszę zrobić to tak, żeby mechanizm nie pracował, gdy będę go odbierać. Na pewno wie pan jak to zrobić. 

Wzruszyłem ramionami. „Nasz klient, nasz per pan”. Wypisałem mu pokwitowanie i zostałem sam na sam z jednym z najbardziej unikalnych zegarków świata. W końcu spotkało mnie wyzwanie godne mistrza w mojej profesji!

***

Właściciel zegarka zjawił się u mnie w piątek około szóstej po południu. Miałem dla niego znakomite wieści. Szybko odkryłem, dlaczego zegarek stanął. Przyczyną było uszkodzone koło wychwytowe. Jego zęby, niczym zastawki serca, które powinny precyzyjnie regulować przepływ krwi, były zużyte, nie pozwalając przenosić energii napędu na wskazówki zegarka. Uszkodzonego zęba nie można naprawić – trzeba wymienić całe koło wychwytowe. Problem w przypadku ekstremalnie rzadkiego zegarka, jak Omega Tourbillon 30I, polega na tym, że nie można po prostu zamówić nowej części – trzeba ją dorobić ręcznie na tokarce zegarmistrzowskiej. Zajęło mi to dwa dni i dwie noce, ale w końcu udało mi się stworzyć nową, idealnie dopasowaną część, którą niczym chirurg wymieniający zastawkę serca – precyzyjnie umieściłem w mechanizmie zegarka. 

– Udało się? – zapytał z nadzieją klient.

– Nie było łatwo, ale tak! – spojrzałem na niego z triumfem na twarzy. Położyłem etui na ladzie i zapytałem:

– Czy ten zegarek był robiony na zamówienie pańskiego dziadka? Zauważyłem, że ma nietypową liczbę kamieni. Zwykle Omega Tourbillon ma ich siedemnaście, a w tym jest aż dwadzieścia cztery.

– Szczerze to nie mam pojęcia – odpowiedział mężczyzna, jakby moje odkrycie w ogóle go nie interesowało. – Czy zegarek stoi? Tak jak prosiłem?

– Tak – odpowiedziałem kładąc obok etui rachunek za naprawę. Byłem ciekawy jak zareaguje, bo kwota była bardzo wysoka. Klient jednak bez zmrużenia oka wyciągnął kartę i zapłacił żądaną sumę.

– Dlaczego prosił pan, żeby zegarek nie był nakręcony? – zapytałem zabierając z lady terminal – to dość nietypowe.

Mężczyzna ostrożnie schował etui do wewnętrznej kieszeni marynarki i westchnął cicho.

– Bardzo tęsknię za moim dziadkiem. Miałem tylko jego. Nie mam rodzeństwa, a rodzice zginęli w wypadku wiele lat temu. Pomyślałem, że jeżeli uruchomię zegarek w momencie, gdy trumna z ciałem dziadka zostanie zamknięta w grobie, będzie mi łatwiej. – otarł łzę w kąciku oka. – To będzie tak, jakby jego cząstka wciąż była przy mnie. Jak gdyby ciągle żył.

Pokiwałem głową z udawanym zrozumieniem i powiedziałem:

– Proszę dbać o ten zegarek. Jest wyjątkowy. Gdyby coś znowu szwankowało proszę dzwonić. Daję trzy miesiące gwarancji.

– Dziękuję – wyszeptał mężczyzna i wyszedł z mojego kantorku.

***

– Panowie, zamykamy – kościelny odezwał się ściszonym głosem do grupki grabarzy stojących w stosownej odległości od otwartego grobu.

– Się wie! – odpowiedział jeden z nich, po czym zaczął wydawać dyspozycje – Antek, bierz wiadro z cementem, a wy – wskazał na dwóch rosłych Ukraińców – łapać się za płyty. 

Ekipa sprawnie przystąpiła do pracy. Przy grobie został już tylko jeden z żałobników. Wysoki mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze. Patrzył w milczeniu jak grabarze układają betonowe płyty i warstwy zaprawy. W pewnym momencie podciągnął rękaw marynarki ukazując piękny klasyczny szwajcarski zegarek na ręce. Nakręcił go i przystawił do ucha. Na jego smutnej twarzy pojawił się blady uśmiech.

– Będziesz zawsze przy mnie – wyszeptał i ruszył w kierunku alejki prowadzącej do wyjścia z cmentarza.

– No dobra, ostatnia płyta i fajrant – szef grabarzy podszedł do grobu lustrując pracę swoich ludzi.

– Ty słyszał to? – jeden z Ukraińców zamarł z uniesioną w ręku kielnią.

– Ano, coś jakby stukanie – odpowiedział Antek.

Obaj pochylili się nad grobem nasłuchując w napięciu. Na ich twarzach malował się strach. Spod ułożonych na grobie płyt dochodziły dziwne, głuche dźwięki. Jakby ktoś szamotał się w trumnie.

– Hospody pomyłuj! – Ukrainiec przeżegnał się – żywego my pogrzebali!

– Weź nie pierdol – szef grabarzy trzepnął pracownika w głowę – zamykamy i zwijamy się stąd. „Jeszcze tego brakuje, żeby do tej zeszłotygodniowej wpadki ze zgubieniem trumny doszło pogrzebanie kogoś żywcem” – pomyślał ocierając pot z czoła. – „Musiałbym chyba zakład zamknąć!”

***

Ostry dzwonek telefonu przerwał mi poobiednią sobotnią drzemkę. „Kogo licho niesie?” – pomyślałem patrząc na ekran komórki. Nie rozpoznałem numeru i nie miałem pojęcia kto to mógłby być. Westchnąłem i odebrałem połączenie.

– Dzień dobry, ja w sprawie tego zegarka. Znowu stanął! – rozpoznałem głos klienta od Omegi Tourbillion.

– Eee… być może trzeba dodać smaru na koło wychwytowe – powiedziałem – czasem tak się zdarza. Pan przyjdzie w poniedziałek to ponownie ożywimy dziadka… – zająknąłem się – to znaczy zegarek pańskiego dziadka – dodałem myśląc, że gorszej pomyłki chyba nie mogłem zaliczyć. – Zrobimy to w ramach gwarancji.

Dodaj komentarz