Pchli targ na warszawskim Kole zawsze miał w sobie coś hipnotyzującego. Setki straganów, zapach starych książek, błysk pokrytego patyną srebra, sprzedawcy zachwalający swoje skarby. Lubię tam chodzić i zanurzać się w cudzych historiach zaklętych w przedmiotach leżących na łóżkach polowych i stolikach turystycznych. To miejsce jest dla mnie rajem! Ale też i przekleństwem. Mama załamuje ręce widząc, jak w moim małym mieszkanku przybywa coraz więcej starych talerzy, zegarów, aparatów – czyli, według niej, nikomu niepotrzebnych śmieci. Nie mogłem nic na to poradzić. Taki jestem i kropka! Nie mogę przejść obojętnie obok cudownego blaszanego imbryka do herbaty, albo malutkiej, ręcznie malowanej filiżanki do kawy. Po prostu muszę to kupić! Cierpią na tym mój portfel, moja przestrzeń mieszkalna i moi bliscy. Brat od dawna podejrzewa, że mam syndrom zbieractwa, a ojciec nie ukrywa, że uważa mnie za wariata.
Ja jednak będąc otoczony moimi skarbami czuję się naprawdę szczęśliwy. Każdy zdobyty przedmiot pieczołowicie czyszczę, doprowadzam do pierwotnej świetności i rozmyślam nad jego historią. Czy z tej filiżanki mógł pić kawę Józef Piłsudski? Czy te sztućce mogły leżeć na stole Radziwiłłów? A może, staroświecki czasomierz był dziełem schwardzwaldzkiego mistrza Ketterera, wynalazcy zegara z kukułką? Zastanawiające było to, ile wspaniałych przedmiotów w niezrozumiały dla mnie sposób trafiało w ręce handlarzy wyglądających jak menele koczujący pod Żabką. Może pochodziły z kradzieży? Bo na dziedziców rodowych skarbów raczej nie wyglądali.
Przechadzałem się niespiesznie po bazarze, przesuwając wzrokiem po prowizorycznych stoiskach. Zimny wiatr nieprzyjemnie targał połami mojej żółtej wiosennej kurtki. Zadrżałem i zapiąłem suwak pod szyję. Nagle moją uwagę przykuła srebrna ramka na zdjęcia. Była niemal czarna, zdobiona misternymi ornamentami w kstałcie pnączy bluszczu. Prawie krzyknąłem z zachwytu, ale w ostatnim momencie powstrzymałem się i przybrałem na twarzy wyraz chłodnej obojętności. Pomimo tego czerwononosy handlarz natychmiast zauważył moje zainteresowanie towarem.
– Szanowny pan se życzy czegoś? – zapytał chrypiącym od dymu lub przepicia głosem.
Zlustrowałem od niechcenia przedmioty leżące na burym kocu. Było tam dosłownie wszystko. Od starych zapalniczek Zippo, przez powyginane menażki, sztućce, lornetki, kolekcjonerskie przypinki po zupełnie niepasujący do kolekcji zestaw pościeli w foliowym opakowaniu.
– Ta pościel – wskazałem na komplet w kolorze „gaciowy róż” – po ile stoi?
Handlarz wykrzywił usta w czymś w rodzaju uśmiechu, ukazując brązowe pieńki zębów. Skubany wiedział, że go zwodzę. Pewnie zauważył, że patrzyłem na coś innego.
– Dwieście pięćdziesiąt zyla – rzucił absurdalną cenę.
– Tyle to w sklepie nową kupię! I to dużo ładniejszą – prychnąłem z oburzeniem. Właśnie zaczęły się podchody harcowników.
– A może szanowny spojrzy na ten piękny srebny czajnik? – handlarz podniósł z koca pogięty imbryk, który leżał tuż obok upatrzonej przeze mnie ramki.
„Dobry jest” – pomyślałem z podziwem biorąc do ręki przedmiot.
– Ile za to? – zapytałem oglądając czajniczek, którego wartość szacowałem na poziomie złomu.
– Jak dla szanownego pana, to pięćdziesiąt złotych.
– Pięć dych? Przecież to jest śmieć! Na dodatek tutaj ma pęknięcie – pokazałem palcem coś, co początkowo wziąłem za rysę. – Wody w nim nie zagotuję.
– Ale jaki ładny jest! W sam raz do postawienia na kominku – nie odpuszczał handlarz.
– Tyle, że ja nie mam kominka – odpaliłem. Przykucnąłem i położyłem imbryk na kocu.
Podniosłem leżący obok scyzoryk.
– Oryginalny szwajcarski – facet kontynuował swoją gierkę. – trzy dychy – dodał.
Wstałem z klęczek i omiotłem ponownie cały kram.
– Nic ciekawego tu nie widzę. – Przeszedłem do właściwych negocjacji. – A ta czarna ramka po ile?
Handlarz drapieżnym ruchem chwycił ją w rękę i podał mi mówiąc z udawanym oburzeniem:
– Jaka czarna!? To prawdziwe srebro! Doczyścisz pan i będzie świecić się jak psu jajca!
Obejrzałem podany przedmiot i poczułem dreszcz emocji. To było prawdziwe arcydzieło! Wijące się wokół ramki pnącza z malutkimi, ręcznie rytymi liśćmi bluszczu tworzyły niewiarygodnie delikatną siateczkę. Po wyczyszczeniu będzie wyglądała przepięknie. W ramce za szkłem było stare zdjęcie przedstawiające stojącą na ulicy jakiegoś miasta kobietę. Sądząc po jej eleganckim stroju, zrobione było na przełomie XIX i XX wieku.
– To po ile ten szmelc – zapytałem od niechcenia…
***
Do domu wróciłem w poczuciu triumfu. Menel targował się długo, a ja kilka razy zbierałem się już do odejścia. Ostatecznie stanęło na dwudziestu złotych. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście! Gdyby taka ramka stała w sklepie, jej cena byłaby wielokrotnie wyższa!
Położyłem ją na stole i zabrałem się za przygotowywanie kąpieli czyszczącej z użyciem sody oczyszczonej, soli i folii aluminiowej. Z szuflady biurka wyciągnąłem też pastę oraz chusteczkę polerską i małe silikonowe szczoteczki. Na początek musiałem rozebrać ramkę i usunąć zdjęcie. Przetarłem dłonią zakurzone szkło i syknąłem z bólu. Najwyraźniej, czego nie zauważyłem wcześniej, szybka była pęknięta. Ze skaleczonej dłoni spłynęła krew i przez szparę zabarwiła fragment zdjęcia.
– Cholera jasna! – syknąłem prawie upuszczając ramkę. – Mam nadzieję, że jakiegoś tężca nie dostanę – pomyślałem zaniepokojony.
Poszedłem do łazienki po plaster i coś do odkażania. Po założeniu opatrunku wróciłem do pokoju i ponownie wziąłem się do pracy. Odgiąłem metalowe bolce utrzymujące plecy ramki i wyciągnąłem zdjęcie. Postać kobiety nie była ubrudzona, za to na drugim planie, przedstawiającym ulicę pojawiła się czerwona plama. Papier fotograficzny był stary i porowaty, więc nie było szans na usunięcie krwi bez zostawiania śladu.
– Trudno – mruknąłem – nie dla zdjęcia ją kupiłem.
Odłożyłem fotografię na bok, obiecując sobie, że później przyjrzę się dokładniej co zawiera. Bądź co bądź, był to nieznany kadr z przeszłości, czyli coś co zawsze mnie interesowało.
Przystąpiłem do kolejnych etapów czyszczenia ramki. Najpierw dziesięć minut kąpieli w roztworze sody oczyszczonej z solą. Wykorzystana tutaj folia aluminiowa pełniła rolę katalizatora reakcji chemicznej. W kolejnym kroku opłukałem ramkę i pozostawiłem ją do wysuszenia.
Czekając aż wyschnie sięgnąłem po szkło powiększające i postanowiłem przyjrzeć się lepiej zdjęciu. Kobieta na fotografii była klasyczną pięknością. Regularne rysy twarzy, upięte w kok czarne włosy przykryte białym czepcem. Miała na sobie długą białą suknię i patrzyła się smutno w obiektyw aparatu. Przesunąłem lupę w górę zdjęcia próbując odczytać napisy na widocznych na drugim planie sklepach.
„Potraviny” – przeliterowałem nie bez trudu, gdyż większości liter musiałem się domyślać.
– To chyba po czesku – powiedziałem na głos. Czyżby to kadr z dziewiętnastowiecznej Pragi?
Czerwona plama zdążyła zblednąć. Przyjrzałem się jej przez szkło i zobaczyłem, jakiś kształt. Wyglądało to na sylwetkę jakiegoś człowieka.
„Dziwne, wydawało mi się, że tam nic nie było” – pomyślałem odkładając lupę.
Wziąłem do ręki ramkę i przystąpiłem do nakładania pasty polerskiej. Po około godzinie obejrzałem z zadowoleniem efekt swojej pracy. Ramka lśniła czystym srebrem. Nie pozostała ani jedna plamka śniedzi.
– I to wszystko za dwadzieścia złotych – mruknąłem do siebie zadowolony.
Poczułem nagle ogromne zmęczenie i ucisk w plecach. Wstałem i niemal zgiąłem się w pół. Ból w krzyżu był obezwładniający. Czując, że nie dam rady dojść do sypialni, zbliżyłem się ostrożnie do kanapy i zwaliłem się na nią. Niewprawnie zdjąłem z siebie ubranie i nakryłem się leżącym na oparciu ciepłym kocem.
„Pewnie to korzonki” – pomyślałem. Na targu było zimno, a ja jak głupi, zachęcony pierwszymi oznakami wiosny ubrałem się za lekko. Przymknąłem oczy i zapadłem w sen.
***
Następnego dnia rano obudziłem się z bólem całego ciała. Na szczęście byłem w stanie zwlec się z łóżka, ale czułem się jak stary, zniedołężniały dziad. Powlokłem się do łazienki. Wyciągnąłem z kubka szczoteczkę do zębów, nałożyłem pastę, którą dzisiaj jakoś trudniej przyszło mi wycisnąć z tubki i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Zamarłem z przerażenia. W odbiciu ujrzałem swoją twarz, ale było w niej coś innego. Obcego? Pojawiły się zmarszczki, których wczoraj jeszcze nie było! A może tylko mi się wydaje?
– Wyglądasz tak jak się czujesz – zaśmiałem się niepewnie. – Musisz zacząć bardziej dbać o siebie. W końcu za parę lat cztery dychy ci stukną – powiedziałem do mojego odbicia w lustrze.
Ogoliłem się i poszedłem do kuchni zrobić śniadanie. Przyniosłem talerz z kanapkami do pokoju, usiadłem na kanapie i włączyłem telewizor. Tutaj też coś było nie tak. Obraz był zamazany, a napisów w lecącym na kanale TVP Historia rumuńskim filmie prawie nie mogłem odczytać.
„Może czas okulary sobie sprawić” – pomyślałem. Mój wzrok spoczął na leżącym na stole zdjęciu. Wziąłem je do ręki i przystawiłem blisko twarzy. Czerwona plama była prawie niewidoczna. Pozostał po niej delikatny różowy ślad, natomiast sylwetka którą wcześniej tam dojrzałem stała się jakby bardziej wyraźna. Podszedłem do biurka po szkło powiększające i spojrzałem jeszcze raz na fotografię. To była sylwetka mężczyzny w kurtce. Przybliżyłem lupę i ogarnęło mnie zdumienie. Stojący w pobliżu sklepu człowiek ubrany był kompletnie inaczej niżby się tego oczekiwało po końcówce dziewiętnastego wieku. Na pierwszy rzut oka nie przypominało to ani surdutu ani płaszcza, ale żółtą wiatrówkę.
„Skąd żółta wiatrówka na tak starej fotografii?! Poza tym skąd żółty kolor na monochromatycznym zdjęciu?!!” – myśli pędziły jak szalone w mojej głowie. Było coś jeszcze. W sylwetce mężczyzny rozpoznawałem coś znajomego. Nie mogłem tylko sobie uświadomić co.
Potarłem w zamyśleniu policzek i poczułem drobny, kłujący zarost na twarzy.
„Przecież przed chwilą się goliłem” – pomyślałem ze zdziwieniem. Doczłapałem do łazienki i ponownie spojrzałem w lustro. Moje policzki pokrywał gęsty siwy zarost, jaki widuje się u starych mężczyzn. Zmrużyłem oczy chcąc lepiej ocenić swój wygląd.
– Co do cholery! – zaskrzeczałem. Dźwięk mojego głosu przestraszył mnie, ale prawdziwa fala przerażenia przyszła gdy przybliżyłem twarz do lustra. W odbiciu ujrzałem starca.
Podniosłem do oczu pokryte plamami wątrobowymi ręce i miałem wrażenie, że widzę jak moja skóra staje się coraz bardziej wiotka i pomarszczona.
Tknięty przeczuciem dowlokłem się z powrotem do pokoju i chwyciłem zdjęcie oraz lupę. Przez chwilę oddychałem ciężko, bo ten krótki odcinek kosztował mnie mnóstwo wysiłku. Spojrzałem ponownie na sylwetkę na fotografii. Teraz nie było wątpliwości. Żółta wiatrówka zdecydowanie odcinała się od sepii zdjęcia. Twarz człowieka była teraz dużo bardziej wyraźna. Miałem wrażenie, że ją rozpoznaję. Zaniosłem się napadowym kaszlem i opadłem na kanapę. Fotografia wypadła mi z ręki.
– Jak to możliwe – wyżęziłem, z trudem łapiąc oddech. – przecież to zdjęcie musi mieć ponad sto lat… skąd … – ostatnie słowa zabrzmiały jak charczenie.
***
– Marek! Otwórz, to ja Andrzej! – mężczyzna pukał energicznie do drzwi. Po chwili przestał i przystawił ucho nasłuchując odgłosów z mieszkania. Wydawało mu się, że słyszy jakieś dźwięki. Jakby z telewizora. Drgnął przestraszony nagłym hałasem przejeżdżającego ulicą tramwaju.
– Otwieraj do cholery! – krzyknął raz jeszcze, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął pęk kluczy.
Marek nie odzywał się od tygodnia, a wczoraj nie pojawił się na imieninach matki. Andrzeja zirytowało to do tego stopnia, że sklął swojego brata w obecności rodziców i pozostałych gości imprezy. Postanowił odwiedzić Marka i osobiście wygarnąć mu co myśli o takim zachowaniu z jego strony.
Klucz szczęknął w zamku i Andrzej wszedł do ciemnego, ciasnego przedpokoju. W powietrzu unosił się nieprzyjemny duszący zapach. Jakby znalazł się w jakiejś starej chałupie w skansenie.
– Marek? – zawołał wgłąb mieszkania, chociaż widział że nikogo tam nie ma. Zajrzał do kuchni i łazienki. Brata nigdzie nie było. Wszedł do pustego pokoju i rozejrzał się niepewny co robić dalej. Na podłodze leżało rozrzucone ubranie i gruby wełniany koc, który Marek dostał kiedyś od ciotki na gwiazdkę. Podniósł leżący na stole pilot od telewizora i wyłączył go. W tym momencie jego wzrok padł na stojącą pod ścianą kanapę. Leżała na niej szara kupka jakiegoś proszku, rozsypanego również na podłodze. Andrzej podszedł bliżej i przykucnął. Włożył rękę w dziwny pył i wyciągnął z niego jakiś mały kijek z rozszerzonymi po obu stronach końcami.
– Co to jest? – zapytał na głos. Lekko ścisnął trzymany niby-patyk, który rozpadł się w proch tworząc kolejną kupkę na podłodze. Zauważył, że pod kanapą leży jakieś zdjęcie. Podniósł je i obejrzał dokładnie.
– Co do kurwy nędzy! – Andrzej poczuł jak oblewa go zimny pot.
Na zdjęciu widoczna była uśmiechnięta do obiektywu kobieta, ubrana tak jakby grała w filmie kostiumowym. Ale to nie pierwszy plan zmroził Andrzeja. W tle, za kobietą zobaczył znajomą postać w żółtej kurtce marki “Northface”. Z fotografii, z szaleństwem wymalowanym na twarzy, patrzył wprost na niego jego brat. Marek.