Janek wciąż nie mógł pogodzić się ze śmiercią dziadka. Myślał o nim bez przerwy – o jego głosie, silnych dłoniach i pooranej zmarszczkami, mądrej twarzy. Mijały dni, a tęsknota powoli drążyła w jego duszy jątrzącą się ranę.
Z nieopuszczającym go poczuciem smutku wstał jak co dzień o szóstej rano. Umył zęby i ochlapał twarz. Ubrał się i wyszedł z mieszkania, nie zawracając sobie głowy zjedzeniem śniadania. Wsiadł do metra i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Wagon był prawie pusty, co o tej porze dnia nigdy się nie zdarzało. Oprócz Janka był tam tylko jeden człowiek – siedział zgarbiony, z opuszczoną głową, jakby dźwigał na plecach cały świat.
Janek wpatrywał się w niego, a w jego sercu zaczęło budzić się dziwne uczucie. Twarz mężczyzny skrywał cień, ale było w niej coś znajomego, jakby odbicie wspomnień, które nie chciały odejść. Czas przestał płynąć – wagon sunął przez ciemność, ale Janek czuł, jakby stał w miejscu.
Nagle pociąg zatrzymał się gwałtownie. W głośnikach rozbrzmiał komunikat: „Stacja końcowa. Czas odejść.”
Janek wstrzymał oddech. Mężczyzna uniósł głowę i przez chwilę chłopak był pewien, że widzi dziadka. Zamrugał oczami – powietrze zdawało się drżeć, a światło lekko migotać. Mężczyzna wstał i uśmiechnął się ciepło do Janka, po czym jego postać rozpłynęła się w powietrzu.
Drzwi otworzyły się. Janek wyszedł na peron, czując dziwną ulgę. Wiedział, że dziadek właśnie pożegnał się z nim.