Obiad

Szpila czekał na peronie, oparty o filar najładniejszej, według warszawiaków, stacji metra – Plac Wilsona. Miał na sobie robocze spodnie z odblaskowymi paskami i granatową kurtkę z naszytym logo GAZeXu. Na jego ramieniu wisiała przewieszona czarna, materiałowa torba. Nerwowo stukał butem na kremowych kafelkach, którymi wyłożona była posadzka stacji. Co chwilę spoglądał na zegarek, a potem w ciemny wylot tunelu metra. Krzywego, jak zwykle, nie było na czas.

W końcu nadjechał pociąg w kierunku Młocin. Wśród ludzi wychodzących z wagonu dostrzegł znajomą sylwetkę – niski, gruby gość w identycznym jak jego uniformie, wciśniętym na obfity brzuch, który falował przy każdym kroku. Krzywy, siorbiąc resztki kawy z papierowego kubka, podszedł do Szpili i beknął cicho w rękaw.

– Długo czekasz? – zapytał, zgniatając kubek i rzucając go pod stojącą na peronie ławkę.

Przechodzący obok starszy mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale Krzywy szczeknął do niego krótkie:

– Spierdalaj.

Facet pośpiesznie oddalił się w stronę wyjścia z peronu.

– Nie, no skąd. Dopiero pół godziny – Szpila przewrócił oczami. – Ja nie wiem, jak mamy ten numer zrobić razem, skoro nie ogarniasz, jak przyjechać na czas! My się tu na robotę umówiliśmy!

– Robota nie zając – Krzywy machnął lekceważąco ręką. Wyciągnął z kieszeni drożdżówkę i odgryzł solidny kęs. – Poza tym głodny jestem.

Szpila uniósł brwi.

– Ty, kurwa, zawsze jesteś głodny.

– No, a wczoraj był Tłusty Czwartek, nie? – Krzywy mówił z pełnymi ustami. – Osiem pączków zjadłem, stary. Osieeem! Czekoladowe, z dżemem i tą, no… jajeczną wódą… Aż mnie brzuch boli do teraz.

– Jakby cię od tego brzuch bolał, to byś już nie wpierdalał tej drożdżówki – Szpila pokręcił głową. – Dobra, kończ tę bułę i idziemy na lokal. Wchodzimy jako gazownicy. Łazi ich tam trochę, więc nikt nie będzie o nas pytać.

Krzywy przytaknął, przełykając ostatni kęs.

– To te babki na Żoliborzu, nie? – zapytał, oblizując palce.

– No. Lisa-Kuli 4 – Szpila ściszył głos i rozejrzał się. – Dwie stare baby, ale mają hajs. Ten nowy szczyl od Kaweckiego mówił, że jego ojciec, listonosz, widział tam polecone do jakichś banków, więc kasa pewnie siedzi gdzieś na chacie.

Krzywy otarł tłuste łapy o spodnie.

– A Kawecki idzie z nami na robotę?

– Chuj z Kaweckim. Ma swój rewir i ma się nie wpierdalać – Szpila wyraźnie się zdenerwował pytaniem Krzywego.

– No luz, stary! A ty skąd wiesz, że tam gazownicy się kręcą?

– Szwagier w spółdzielni robi. Powiedział, że na osiedlu jest wymiana instalacji gazowej. W innych blokach już skończyli, teraz czas na ten – Szpila wyszczerzył zęby. – Jakby kto pytał, to przyszliśmy sprawdzić szczelność rur przed remontem.

Krzywy zamyślił się na chwilę.

– A te baby… no wiesz… – zawahał się.

– Co „no wiesz”?

– No że jak będą robić problemy, to co?

Szpila spojrzał na kumpla z wyraźnym rozbawieniem.

– No błagam cię, Krzywy! To dwie staruchy, a nie komandosi z GROM-u. Pukamy, wchodzimy, gadka o gazie, rozglądamy się, a jak któraś zacznie marudzić, to się jej kosę do szyi przystawi.

Krzywy przytaknął, a jego wzrok znów powędrował do kieszeni, w której prawdopodobnie krył jeszcze jeden słodki skarb.

Szpila westchnął.

– Nie żryj więcej, bo mi się zrzygasz na robocie!

Krzywy posmutniał, ale powstrzymał się od wyciągnięcia rogalika z czekoladą.

***

– Który to numer mieszkania? – zapytał szeptem Krzywy, gdy stanęli przed wejściem na klatkę schodową bloku na ulicy Lisa-Kuli 4.

Szpila wyciągnął telefon i zaczął przeszukiwać wiadomości SMS.

– Moment… Mam! Mieszkanie osiem! – szturchnął kumpla i uśmiechnął się paskudnie. – No to zaczynamy wjazd na chatę!

Wcisnął na domofonie odpowiedni guzik. Po chwili coś zatrzeszczało w głośniku i usłyszeli radosny kobiecy głos:

– Tak? A któż to zaszczyca nasze skromne progi?

– Yyyy… my z gazowni – zająknął się Szpila, trochę zaskoczony tak entuzjastycznym powitaniem. – Sprawdzamy instalację przed remontem. Zajmiemy tylko chwilę – dodał uspokajającym tonem.

– Och, to jest panów więcej!? – Coraz radośniejsze nuty wibrowały w głosie zapewne stukniętej (jak przemknęło przez głowę Szpili) emerytki. – Rozalko! Będziemy mieć gości! – krzyknęła gdzieś w głąb mieszkania, po czym Krzywy i Szpila usłyszeli brzęczyk zamka magnetycznego. – Zrobimy obiadek! – usłyszeli jeszcze dochodzący z głośnika śmiech.

– To jakieś wariatki – mruknął Szpila i pchnął drzwi.

Weszli na pierwsze piętro i jeszcze ze schodów dojrzeli światło dochodzące z otwartych drzwi mieszkania numer osiem. W progu stała uśmiechnięta staruszka, trzymająca złożone na piersiach pomarszczone dłonie. Pierwszym, co rzucało się w jej wyglądzie w oczy, były włosy. Były długie i białe. Nie siwe, ale właśnie białe. Wyglądała bardzo sympatycznie i Krzywemu głupio się zrobiło, że za chwilę okradnie tę miłą kobiecinę. Jedynym elementem jej wyglądu, który wydawał mu się trochę niepokojący, był jej nos – lekko haczykowaty, z wielkim pypciem na samym czubku.

– Zapraszamy panów gazowników! Jestem Teodora, a tu moja siostrzyczka Rozalka – Teosia odwróciła się w głąb mieszkania i zawołała: – Rozalko, przyjdź i zobacz, jacy dorodni chłopcy nas odwiedzili!

W drzwiach pojawiła się druga z kobiet. Wyglądała identycznie jak siostra. Obie też ubrane były w takie same stroje – proste w kroju sukienki w kolorowe kwiaty, uzupełnione jedwabnymi szalami otaczającymi szyje obu staruszek. Rozalia spojrzała bystro na mężczyzn.

– Bardzo à propos – mruknęła ledwo dosłyszalnie do siostry, a na głos powiedziała: – Prosimy do środka. Zjedzą panowie pierniczki? Właśnie upiekłam.

– Pewnie! – ucieszył się Krzywy, ale zamilkł pod gromiącym go spojrzeniem Szpili.

– Musimy obejrzeć rury gazowe – pośpieszył tamten z wyjaśnieniem i obaj weszli do mieszkania.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Szpila spojrzał porozumiewawczo na Krzywego i wrzasnął:

– A teraz pod ścianę, wy stare pindy! Gdzie chowacie hajs!?

Staruszki spojrzały na siebie i wybuchnęły serdecznym śmiechem.

– Teosiu, ci panowie chyba chcą nas okraść!

– W rzeczy samej, Rozalko, też przyszło mi to do głowy – odpowiedziała jej siostra i zwróciła się do Szpili i Krzywego: – Panowie, ja rozumiem napad, kradzież, ale dlaczego taki język!? Nie godzi się tak odzywać w obecności dam. Poza tym obiecałyśmy panom pierniczki. Chodźmy do salonu, a siostra w tym czasie zajmie się obiadkiem.

Teodora odwróciła się i poszła do dużego pokoju. Szpila słuchał jej w osłupieniu, ale po sekundzie otrząsnął się i wyszarpał z torby nóż.

– Jakie, kurwa, pierniczki i obiadki!? Dawać kasę, bo poderżnę wam te zwiędłe gardziołka!

Obaj bandyci poczuli nagle intensywny zapach pieczonych pierników. Krzywy przełknął głośno ślinę.

– Ty… może zjedlibyśmy kilka? W życiu nie czułem wspanialszego zapachu – powiedział do Szpili, patrząc na niego błagalnie.

– Pojebało cię? Najpierw ciasteczka, a potem napad!? – syknął wściekle Szpila i ruszył z wyciągniętym nożem w kierunku stojącej w salonie Teodory, która, ciągle uśmiechając się, zrobiła niedostrzegalny ruch palcami.

Szpila stanął w pół kroku i powoli odwrócił się do Krzywego.

– A wiesz… może z tymi pierniczkami to nie najgorszy pomysł?

– Cudownie – ucieszyła się Teosia i usiadła na jednym z dużych, misternie rzeźbionych krzeseł. – Panowie pozwolą? – wskazała pozostałe miejsca, uśmiechając się zapraszająco.

Oprychy usiedli przy stole i sięgnęli po leżące na srebrnej tacy ciastka.

– O Jezu, ale to dobre – Krzywy aż przymknął oczy z rozkoszy, a Szpila z błogą miną tylko kiwnął głową, przeżuwając przesycony miodowym aromatem piernik.

Teodora uśmiechnęła się, ale jakoś inaczej niż dotychczas, i powiedziała:

– Dodałam specjalne przyprawy korzenne! Będą panowie smakować wybornie!

Szpila otworzył ze zdziwienia oczy.

– Jak to „będziemy smakować”? – zapytał z ustami pełnymi piernika.

– Moja mieszanka przypraw to najlepsza marynata do mięsa – odpowiedziała Teosia i zawołała w stronę kuchni: – Rozalko! Czy wszystko gotowe?

– Tak Teosiu, już idę do was.

Z kuchni, z której dochodziły dziwne, szeleszczące odgłosy, wyłoniła się ubrana w gumowy, czarny fartuch siostra gospodyni. Oczy Szpili rozszerzyły się w strachu. Rozalka trzymała w ręku siekierę.

Bandyta spróbował zerwać się od stołu, ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Spojrzał na kompana, ale Krzywy pozostawał w piernikowym transie. Chciał szarpnąć ręką, ale równie dobrze mógłby próbować unieść traktor.

– Proszę się nie nadwyrężać, bo mięso skwaśnieje – pouczyła Szpilę Teodora. – Rozalko, zacznijmy od pana ruchliwego.

Rozalka uśmiechnęła się radośnie i wolną od siekiery ręką zrobiła jakiś znak w powietrzu. Szpila automatycznie wstał, upuszczając jednocześnie trzymany w ręku nóż. Teodora pchnęła lekko bandziora w kierunku kuchni i zapytała Rozalkę:

– Kochana, folię dokładnie rozłożyłaś? Po ostatnim razie namęczyłam się, żeby fugi doczyścić! Nawet limbus purifico nie pomogło – westchnęła, wspominając swoje najlepsze zaklęcie sprzątające.

– Ani jedna kropelka nie wycieknie, najdroższa – uspokoiła siostrę Rozalia.

Po chwili z kuchni dały się słyszeć miarowe uderzenia siekiery w coś miękkiego. Krzywy, z rozanieloną miną, sięgnął po kolejnego pierniczka.

***

– Ale się obżarłam – Teodora opadła na oparcie wygodnej kanapy. – Czuję, że wątroba zaczyna mi protestować. Ten grubasek był odrobinkę za tłusty.

– No… – jęknęła w odpowiedzi Rozalia, trzymając się za brzuch. – Może trzeba było zacząć od tego żylastego? – zastanowiła się, siadając obok siostry. – W każdym razie obiad mamy zapewniony na kilka dni. A z podrobów zrobimy zupkę!

– Mmmm… – rozmarzyła się Teosia. – Barszczyk na płuckach… albo cynaderkach… napiłabym się teraz herbatki ziołowej.

– Zaraz zaparzę, kochana, tylko chwilkę odsapnę – Rozalka uśmiechnęła się z miłością do siostry, po czym głośno beknęła. Obie roześmiały się serdecznie.

Dodaj komentarz