Czarny mercedes toczył się powoli wyboistą drogą przez nadmorską wioskę Mechelinki. Kierowca rozglądał się z irytacją za miejscem, gdzie mógłby zaparkować. Niestety, po obu stronach jezdni stały samochody, a jedyny w okolicy parking był zamknięty.
– Tomek, może stań przed wjazdem na ten parking? – zasugerowała siedząca na miejscu pasażera dziewczyna.
– Nie ma innej opcji – mruknął jej towarzysz i zgrabnie zaparkował równolegle do zamkniętej bramy.
– Tyle tu samochodów, a jedyny parking zamknięty? – zdziwiła się dziewczyna, zapinając różową kurtkę. – Mogliby zgarnąć sporo kasy za opłaty.
– Pewnie dlatego, że jest po sezonie – odpowiedział Tomek. Sięgnął prawą ręką po leżącą na tylnym siedzeniu torbę z aparatem i wysiadł z samochodu.
– Tu nie wolno parkować – dobiegł ich nagle czyjś skrzeczący głos.
Po drugiej stronie ogrodzenia parkingu stał ubrany w zniszczony kożuch dziad. Na głowie miał wełnianą czapkę-uszankę, a w kąciku ust papierosa, który wyglądał jak wyciągnięty ze śmietnika kiep. W spojrzeniu mężczyzny było coś dziwnego.
– Ale my tylko na chwilkę. Zrobimy zdjęcia i uciekamy – uśmiechnęła się przymilnie dziewczyna.
Dziad patrzył na nią wodnistymi, rybimi oczami. Przesunął językiem papierosa i splunął go na śnieg. Charknął jeszcze i w ślad za niedopałkiem poleciała gęsta, żółta plwocina. Dziewczyna aż wzdrygnęła się z obrzydzenia.
– Monika, chodźmy już – Tomek złapał ją za łokieć i pociągnął w kierunku plaży. – Dojdziemy tędy do kutrów? – zapytał starucha.
– Dojdą – odpowiedział krótko. – Jeno niech do łodzi nie włażą. – Po czym odwrócił się i poszedł w kierunku zabudowań w głębi parkingu.
Tomek wzruszył ramionami i poszedł za Moniką, która dojrzała pomiędzy zabudowaniami drogę do portu rybackiego.
„Gdzie podziali się ludzie z tych samochodów?” – pomyślał zdziwiony, ale w tym momencie usłyszał podekscytowany głos dziewczyny.
– Zobacz! Są tam! – pisnęła Monika, wskazując na kolorowe łodzie wyciągnięte na plażę.
– Aha, ta czerwona wygląda fajnie! – powiedział Tomek, mrużąc oczy i oceniając oświetlenie kutra.
Wyciągnął z torby aparat i zaczął majstrować przy jego ustawieniach. Monika w tym czasie dobiegła do łodzi i zgrabnie wspięła się do środka.
– Ale tu głęboko! – krzyknęła zdziwiona.
– Wejdź na jakąś ławkę! Nie widzę cię! – zawołał do niej Tomek, przymierzając się z aparatem do najlepszego ujęcia.
– Halo! – krzyknął ponownie, ale odpowiedziała mu cisza.
– Monika, nie wygłupiaj się! – W głosie Tomka dało się słyszeć niepokój.
Mroźny wiatr uderzył w jego twarz mikroskopijnymi drzazgami lodu. Mężczyzna zadrżał, czując narastający strach.
– Monika! – krzyknął ponownie, lecz jedyne, co usłyszał, to wzmagający się szum wiatru.
Tomek zarzucił aparat na plecy i ruszył biegiem w kierunku kutra, w którym zniknęła dziewczyna. Ostrożnie wspiął się na burtę i zajrzał do środka łodzi. Na dnie zobaczył porozrzucane w nieładzie ubrania. Gdy dostrzegł różową puchówkę Moniki, poczuł, jak z przerażenia włosy stają mu dęba.
– O kurwa! – wrzasnął, a w głowie usłyszał czyjś ochrypły głos: „I po chuja się tu pchałeś?”.
Potem ogarnęła go ciemność.
***
– Józek! Co to za chujek zastawił merolem bramę?! – Do niewielkiej stróżówki wszedł starszy, zgarbiony mężczyzna, energicznie tupiąc zaśnieżonymi butami w progu drzwi. – Trza tego srebnego Lexusa przygotować. Klient będzie go oglądać po siedemnastej, a nie ma jak na plac wjechać.
Siedzący przy elektrycznym piecyku dziad podniósł na przybysza wzrok znad krzyżówki.
– Nie ciskaj się, Zenek. Miastowe jakieś przyjechali. Do kutrów poszli.
– He, he – zarechotał tamten. – No to trza chwilę poczekać. A wiela czasu tam są?
Józek podciągnął rękaw kożucha i spojrzał na połyskującego złotem Roleksa.
– Będzie tak ze pół godziny – mruknął. – Idź tam, Zenuś, i wyjm z łodzi ich rzeczy. Może kluczyki tam są, to i przestawić merola na placyk możesz. Chyba będzie na niego klient. Tylko uważaj! Niby się nażarła, ale cholera wie, co to bydle zrobi.
Zenek tylko przewrócił oczami.
– Nie ucz ojca dzieci robić! A mówił im, coby do kutra nie właziły?
– Zawżdy to gadam i zawżdy nie słuchajo – westchnął Józek i sięgnął po pogniecionego papierosa. – Niby takie miastowe, a głupie jak wsioki jakieś – Przesunął dłonią nad piecykiem i podkręcił gałkę ogrzewania.
Rzucił jeszcze krótkie spojrzenie w stronę brudnego okienka, zza którego widać było plażę. – Chociaż ci to przynajmniej nie darli się tak jak tamta para w zeszłym tygodniu.
Zenek wzruszył ramionami, naciągnął czapkę na uszy i wyszedł na zewnątrz. Józek zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Grzałka w piecyku rozjarzyła się czerwienią.
– Niech już skończy się ta cholerna zima – mruknął pod nosem.