„Haiti i Dominikana są jak ogień i woda, sługa i pan,
A wielu Dominkańczyków twierdzi, że jak Afryka i Europa”
Mirosław Wlekły, „Niewolnicy bananowej republiki”
Duży Format, 7 sierpnia 2017
***
Krzyk nocnego ptaka wyrwał Thierry’ego ze snu. Obrócił się na posłaniu i zamarł wsłuchując się w miarowy oddech leżącej obok Marii. Delikatnie wysunął się spod kolorowego kilimu, stanowiącego kołdrę ich małżeńskiego łoża, chwycił złożone na klepisku spodnie oraz t-shirt, podniósł się i podszedł do drzwi. Ostrożnie wymknął się na zewnątrz, starając się stłumić skrzypienie zrobionych z kawałka blachy falistej drzwi. Światło padło na śpiące w dalszym kącie pomieszczenia dzieci. Thierry szybko przymknął wejście do domu. Wciągnął na siebie jeansy i bluzkę po czym okrążył barak, w którym zostawił śpiącą rodzinę. Oddalił się na około dziesięć metrów w kierunku gęstych zarośli oddzielających dom od plantacji trzciny cukrowej i oddał mocz. Przejeżdżający pojazd oświetlił go i przez moment Thierry stał w pełnym blasku reflektorów żółtego autobusu szkolnego wiozącego pracowników do znajdujących się nieopodal hoteli. Zawstydzony przykląkł i w milczeniu przyglądał się odjeżdżającemu pojazdowi. To był inny świat, zarezerwowany tylko dla Dominikańczyków, którzy stanowili personel ogromnych amerykańskich hoteli rozrzuconych po całym wybrzeżu wyspy. Mieli dostęp do wyrzucanego lub niezjedzonego przez turystów jedzenia, które później sprzedawali na lokalnych targowiskach albo rozdawali rodzinie. Mieli stałą pracę i co najważniejsze dostęp do turystów. Białych, czarnych, żółtych… kolor skóry nie miał znaczenia. Znaczenie miały pieniądze i to, że z niepojętych dla Thierry’ego powodów, jeden turysta potrafił w ciągu pięciu minut rozdać w napiwkach równowartość oszczędności jego życia.
– Głupi gringo – mruknął do siebie zapinając rozporek. Z drugiej strony, nie mogą być tak głupi, skoro mają tyle pieniędzy – dopowiedział sobie.
Chwycił ukryte w trawie przy domu maczetę i nóż i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku plantacji trzciny.
Plantacja zlokalizowana była wzdłuż autostrady nr 3, w ogromnym kompleksie kilku ogromnych gospodarstw należących do jednego z najbogatszych mieszkańców Dominikany. W okresie zbiorów trzciny cukrowej Thierry pracował na jednym z pól, razem z około setką innych uchodźców z Haiti. To była podstawa utrzymania i bytu jego całej rodziny. Żona Thierry’ego, Maria oraz jej najstarszy syn, ośmioletni Pierre pracowali z nim, natomiast trzyletni Antoine i dwuletnia Monique byli jeszcze za mali. Nawet nadzorujący zbiory Ramirez, gruby i dobrze ubrany w uniform ze znakiem firmowym plantacji Dominikańczyk, nie zgadzał się, żeby tak małe dzieci pracowały maczetami i nożami. Ale zbiory były okresowe, a poza żniwami ciężko było haitańskiemu uchodźcy znaleźć choćby dorywcze zatrudnienie. Pozostawali turyści, którzy potrafili jednym napiwkiem zapewnić miesięczny byt całej pięcioosobowej rodziny Thierry’ego. Problem w tym, że nigdy nie było wiadomo, gdzie i kiedy pojawi się półotwarta ciężarówka dowożąca turystów chcących zobaczyć, jak wygląda plantacja trzciny cukrowej. Jednak tego dnia Thierry wiedział, gdzie trzeba się stawić. Poprzedniego dnia podczas cotygodniowego poniżającego rytuału sprzedaży hotelowego jedzenia, jeden z kelnerów powiedział mu o wycieczce polskich turystów do bazyliki Salvaleon de Higuey, której pierwszym etapem miała być wizyta na plantacji trzciny cukrowej w pobliżu krzyżówki autopiste 3 i 4. Nie była to zbyt precyzyjna lokalizacja, ale Thierry wiedział, że na nic więcej nie mógł liczyć. To, że Edgar, zarozumiały i wyniosły szef obsługi głównej restauracji pobliskiego hotelu sieci RIU, w ogóle z nim rozmawiał było niecodzienne. Zwykle rozmowy Dominikańczyków z haitańskimi uchodźcami ograniczały się do krótkich, gardłowo rzucanych poleceń w ich niezrozumiałym dialekcie, którego Thierry w ciągu trzech lat pobytu w Dominikanie nauczył się na tyle, żeby rozumieć i być w miarę zrozumianym.
Tak naprawdę Edgar nie zrobił Thierry’emu łaski. Co miesiąc, Haitańczyk opłacał Edgara jednodolarowym banknotem, rezerwując sobie prawo albo raczej nadzieję na przychylność szefa kelnerów. Poprzedniego dnia, gdy Thierry ściskając w ręku dwieście pesos, rozpychał się w napierającym na furgonetkę z resztkami hotelowego jedzenia tłumie, dojrzał stojącego na pace samochodu Edgara, który pstryknął na niego palcami. Thierry instynktownie poczuł, że bardziej opłaci mu się wyrwać się z tłumu i podbiec do Edgara, niż walczyć z pobratymcami o jedzenie. Dość szybko uwolnił się z napierającej na tył ciężarówki masy ludzkiej i podbiegł do szoferki. Edgar zeskoczył i podał Thierry’emu czarny worek.
– Masz. Ziemniaki i fasola, powinny starczyć ci na tydzień – powiedział Edgar opierając się o zardzewiałe i dziurawe drzwi hyundaia.
– Gracias, senhor Edgar – wydusił z siebie Thierry, tuląc do piersi worek. Sądząc po jego ciężarze, będą mieli jedzenia nie na tydzień, ale na miesiąc albo i dłużej.
– Pięć baksów – obojętnie powiedział Edgar
– Jak to pięć? – wychrypiał Thierry – nie mam tyle przy sobie, w ogóle nie mam tylu pieniędzy – przewrócił oczami robiąc nieszczęśliwą minę.
– Zamknij się i słuchaj – Edgar szybko przeszedł do rzeczy – jutro rano będzie przejeżdżać obok twojego śmierdzącego baraku ciężarówka z gringos. To Polacy. Jadą do bazyliki w Higuey ale najpierw mają zatrzymać się na polu i obejrzeć plantację trzciny. Masz tam być od samego rana i wypatrywać ciężarówki z turystami. A jak już wypatrzysz to biegnij za nią i wyciągnij tyle baksów od tych naiwniaków, ile tylko zdołasz. Połowa dla mnie. Plus te pięć baksów za luksusowe żarcie z pięciogwiazdkowego hotelu – Tu Edgar kopnął lekko w worek trzymany przez Thierry’ego.
– Tylko nie próbuj mnie oszukać śmieciu – dodał pochylając głowę w kierunku Haitańczyka – bo wiem gdzie śpisz. Ty i twoja kobieta i jej bękarty.
– Przenigdy senhor – Thierry zgiął się, instynktownie ukrywając ciałem worek, bo ich przydługa rozmowa przyciągnęła uwagę pozostałych przy furgonetce ludzi. Ci którzy nie zbierali z ziemi rzucanych przez Dominikańczyków porcji jedzenia odwrócili głowy w kierunku Edgara i Thierry’ego.
– Spierdalaj. Jutro przyjdę do ciebie po wypłatę -cicho powiedział Edgar – Aha i od przyszłego miesiąca płacisz mi 2 dolary – dodał odwracając się plecami do Thierry’ego. Wskoczył do szoferki od strony pasażera i zatrzasnął drzwi.
Thierry popatrzył chwilę na profil Edgara zarysowany w półcieniu kabiny hyundaia. „Co z ciebie za człowiek” – pomyślał gorzko i ruszył w kierunku drogi do Las Cejas, gdzie znajdował się jego dom. Dominikana i Haiti to od zawsze ogień i woda. My jemy mało, pracujemy ciężko i umieramy szybko – przez głowę Thierry’ego przemknęła zasłyszana gdzieś przy ognisku strofa improwizowanej pieśni. Nie zawsze tak było. Kiedyś to Haiti rządziło wyspą, ale pielęgnowane wśród Haitańczyków wspomnienie ich dziewiętnastowiecznej dominacji na Hispanioli, przegrywało w konfrontacji z żelaznymi prawami ekonomii, które zdewastowany przez rabunkową gospodarkę kraj stawiało kilka kategorii niżej niż obfitującą w turystów Dominikanę, a haitańska pokolonialna duma powoli rozpraszała się we mgle analfabetyzmu, nałogach, przemocy, gwałtach, korupcji … i kataklizmach. Gdy Thierry miał piętnaście lat, stracił wszystko. Dom, rodzinę, starą mambo, opiekunkę rodziny, cieszącą się szacunkiem sąsiadów szamankę voodoo i zarazem babcię Thierry’ego. Ona zadbała o to, żeby Thierry uczył się francuskiego, nie tej lokalnej kreolskiej wersji, nasiąkniętej afrykańskimi narzeczami, a od 1961 roku uznanej jako oficjalny język haitański. Francuski to był język elit i literatury. Babka Thierry’ego nalegała, żeby wnuk oprócz podstawowego programu szkolnego, czytał Voltaire, Baudelaire, Saint-Exupery. Chłopiec pytał się babci czy pradawne loa[1]chcą, żeby on czytał te niezrozumiałe dla niego księgi, a stara szamanka prychała mówiąc, że duchy dbają tylko o siebie, a o niego nikt nie zadba oprócz jego samego no i babki oczywiście. Babcia, razem z pięciorgiem młodszego rodzeństwa Thierry’ego, jego rodzicami, wujami i kolegami, z którymi grał w baseball, a właściwie jego ubogą wersję, skopiowaną z amerykańskiej telewizji – wszyscy zostali pogrzebani w koszmarnym trzęsieniu ziemi, które zniszczyło życie na Haiti. W pamięci Thierry’ego nie zachowały się przejrzyste wspomnienia tego co działo się po kataklizmie. W zasadzie, pamięć miała początek, gdy spotkał Marię. Ukrywającą się, zaszczutą przez szmalcowników i gwałcicieli trzynastoletnią dziewczynę. Trafili na siebie przypadkowo, w okolicznościach, o których oboje nie chcieli pamiętać. Ale od momentu spotkania trwali razem i całkiem nieświadomie stworzyli rodzinę. Początkowo bardziej jako przybrane rodzeństwo, ale dość szybko okazało się, że tragiczne losy Marii zaowocowały przyjściem na świat Pierre’a i w przyspieszonym trybie Thierry i Maria zajęli role męża i żony, taty i mamy. Po pięciu latach tułaczki, dotarli do raju jakim okazała się dla nich Republika Dominikany. Tutaj przyszła na świat dwójka dzieci – Antoine i Monique – Thierry upierał się przy frankofonicznych imionach dzieci i od trzech lat harował, żeby stworzyć dla nich przyszłość, o której opowiadała mu jego mambo.
Thierry, przyspieszył kroku i odruchowo machnął ręką chcąc odsunąć wspomnienia, które napłynęły niekontrolowaną falą.
***
– Jezuuu ale gorąc – spieczony na raka Artur niecierpliwie zakręcił się na niewygodnym fotelu w półotwartej ciężarówce wynajętej przez biuro turystyczne Fico-Travel, specjalizujące się w organizacji wycieczek dla polskich turystów w Dominikanie.
– Znaczy suszy strasznie – dodał objaśniając sytuację pilotowi wycieczki, który od pewnego czasu zapalczywie klepał jakieś wiadomości na whatsapp w telefonie.
– Robercik, polej no tego rumu, bo nie da rady wytrzymać – w sukurs Arturowi przybył Tomasz, kolega z tego samego hotelu i małej, choć znanej małopolskiej wioski Zawoi.
– Nasz klient, nasz per pan – Robert, około trzydziestoletni pilot wycieczki zakręcił zgrabnie piruet w trzęsącej się na wertepach ciężarówce, wyciągnął spod fotela turystyczną lodówkę, z której wyłowił butelczynę ciemnego rumu marki Brugal.
– Panowie kubeczki mają? Komu sprajcik komu kola?
– Kubeszki? Jakie kubeszki… – Artur najwyraźniej osiągnął trzeci stopień na skali dobrej zabawy biura Fico-Travel. Stopień, przy którym rozpoczynał się powolny lub szybki, zależnie od osobistych predyspozycji, rozbrat z rzeczywistością. Stan pożądany, lecz niekoniecznie na początku wycieczki, o godzinie 8 rano.
– No mówiłem, żeby pilnować kubeczków – Robert przyjął dydaktyczny ton – nie będziemy bez sensu zanieczyszczać środowiska plastikowymi śmieciami.
– Nie no oszywiście że nie – Artur prawie się zapowietrzył okazując oburzenie – Ale kubeszka nie mam, więc możesz mi kurde jakiś dać bo gorąc taki, że jezuuu…
– Ok… – Robert z niezadowoloną miną wyciągnął ze otwartej zgrzewki kubek, napełnił go rumem z coca-colą i podał Arturowi.
– Stary, dzięki – Artur przyssał się do napoju – Tomek a pamiętasz na Saonie jak było – Artur wyraźnie ożywiony nową porcją karaibskiego paliwa skierował swoją uwagę na kolegę.
– No masz! Kurw… – Tomek zmełł przekleństwo rozglądając się po siedzących w pobliżu rodzinach z dziećmi – Kurde no było super! Tyle rumu co Robert miał w zapasie to kurde super było – Tomkowi najwyraźniej skończył się repertuar epitetów.
– Co za prymitywy – Andrzej, czterdziestoparoletni ojciec rodziny przewrócił oczami do siedzącej obok żony. Ich dzieci, dwunastoletni Staś i osiemnastoletni Krzysiek siedzieli obok, zatopieni w telefonach. Renata, z niesmakiem spojrzała na siedzących na przednim rzędzie rodaków – Pewnie wycieczka za pińćset plus, barachło jedne – cicho powiedziała do Andrzeja.
– Co ty, na Dominikanę za pięćset plus? To by musieli chyba z dziesięć lat zbierać, to zwyczajne nowobogackie chamy – sprostował Andrzej.
– Do Dominikany – poprawiła go Renata – Dominikana to kraj, więc do Dominikany, ale na Haiti – bo tak się nazywa wyspa.
– Haiti? To my jesteśmy na Haiti? – zdziwił się Andrzej – przecież to jakiś trzeci albo czwarty świat.
– Jak zwykle przygotowany – Renata wydęła wargi.
– Ola, ola – wydarł się Artur machając gdzieś w kierunku zbliżających się pól trzciny cukrowej.
– A co to jest tam po lewej stronie? – zapytała pilota Piersiasta pani z fryzurą zmodyfikowaną przez hotelowe modystki, na kształt drobniutkich warkoczyków, bardziej pasujących do siedmioletnich dziewczynek, niż pięćdziesięcioletnich matron.
Robert wychylił się w kierunku wskazywanym przez Warkoczykową – To jest bazylika w Higuey, cel naszej dzisiejszej wycieczki. Widzicie państwo charakterystyczny układ wieży bazyliki przypominający kształt złożonych do modlitwy rąk. Unikatowa architektura…
– Szalenie unikatowa – skwitował przemądrzale Andrzej – przecież to cecha charakterystyczna gotyku i średniowiecznego planu świątyń chrześcijańskich – dodał utwierdzając się w słuszności swojego komentarza.
– A widziałeś w Dominikanie jakiś kościół gotycki? – odpalił Robert.
– No w sumie to nie – przyznał stropiony Andrzej
– A widzisz – zadowolony Robert spojrzał triumfalnie w kierunku zakłopotanego znawcy historii sztuki.
Piersiasta alias warkoczykowa pobożnie przeżegnała się i wyciągnęła telefon chcąc uwiecznić widoczną w odległości około 5 kilometrów wieżę bazyliki.
– Czy moglibyśmy się zatrzymać? Strasznie zaczęło jakoś trząść – poskarżyła się pilotowi – Nie mogę zrobić selfiaczka. Andrzej i Renata spojrzeli na siebie porozumiewawczo – Co za głupia baba…
Ciężarówka zjechała z autostrady numer 3, po czym skręciła w niewielką asfaltową drogę, która po kilkuset metrach zamieniła się w szutrową przecinkę pomiędzy polami trzciny cukrowej.

– Kurde widzisie jak gość biegnie? Run forrest run!!! – Artur wydarł się wskazując na ciemnoskórego człowieka, który pojawił się nagle za samochodem i biegł jego śladem.
– Polać mu – wtórował Tomasz wyciągając w kierunku pilota kubek. Robert wyciągnął kolejną butelkę rumu z lodówki. Była godzina w pół do dziewiątej a już poszła jedna butelka Brugala – „będzie grubo” – westchnął w duchu Robert.
Andrzej odwrócił się w kierunku jaki wskazywał chybotliwie Artur. Rzeczywiście, w ślad za samochodem biegł czarnoskóry mężczyzna. Na oko trzydziesto, może czterdziestoletni. Biegł nie zwalniając. „Jest chyba ze 35 stopni” – pomyślał Andrzej – „Pewnie spieszy się gdzieś, może spóźnił się do pracy?”
– Durrrrrne to – z zamyślenia wyrwał Andrzeja okrzyk młodszego syna, który najwyraźniej natrafił na jakiś problem w telefonie.
– A może by tak coś przeczytać? Jakąś książkę? – Niezobowiązująco rzuciła Renata. Młody nawet nie zareagował. Starszy machnął ręką na znak, że się odcina od wszelkich rodzinnych dysput.
Andrzej pokręcił z dezaprobatą głową i spojrzał na uciekającą spod kół drogę. Mężczyzna nadal biegł za samochodem, pomimo, że już dwa albo trzy razy zmieniali kierunek jazdy, skręcając to w lewo, to w prawo pośród rosnących z obu stron drogi kęp trzciny cukrowej. Po chwili dołączyli do niego dwaj chłopcy na rowerze. Na oko dziesięcioletni zajadle pedałował, a starszy ze dwa, trzy lata, stał z tyłu na bagażniku i trzymał się młodszego za ramiona. „A może to lokalna obsługa naszej wycieczki!” – Pomyślał Andrzej – „Pewnie pokażą nam jak się ścina trzcinę”.
– Szłaaaa dzieweeeeszka do laaaaseeeszka…. – Duet z Zawoi w najlepsze krzewił polską pieśń ludową w odległej o ponad 8000 kilometrów Dominikianie. Ciężarówka z głuchym stęknięciem zatrzymała się pośród pola trzciny. Warkoczykowa oderwała telefon od swojej fizjonomii po serii „selfiaczków” i pisnęła z zachwytu – Ojej! Jak tu pięknie!
Rzeczywiście, otaczający wycieczkę krajobraz robił wrażenie niespotykanym zestawem kolorów. Lazurowo niebieskie niebo upstrzone białymi obłokami chmur, droga koloru palonej sieny otoczona żółto-zieloną trzciną. Całość sprawiała niesamowite wrażenie.
– Proszę państwa, dotarliśmy do pierwszego etapu naszej dzisiejszej wycieczki – Robert objaśnił sytuację grupce turystów – „Choć dla niektórych to chyba ostatni” – pomyślał patrząc na nieprzytomny wzrok Artura i Tomasza.
– Czy wiecie, gdzie jesteśmy? – Robert zawiesił głos w oczekiwaniu na odpowiedź inną niż „polej rumu”.
– Na plantacji trzciny cukrowej – zgodnie zagrzmiała wycieczka.
– Brawo – pilot potwierdził hipotezę turystów – A czy wiecie, jak się pracuje na takiej plantacji?
– Maszetą – wybełkotał Artur. Robert z uznaniem spojrzał na niego. Nie spodziewał się, że ten będzie jeszcze cokolwiek kojarzył.
– Tak. Maczetą. I nożami. Ale głównie chodziło mi o to, że praca na plantacji trzciny cukrowej jest cholernie ciężka. To praca od rana do wieczora, w skwarze, bez dostępu do wody, pod czujnym okiem dozorców, którzy nie żałują nahaja na powolnych robotników. A czy wiecie, ile taki robotnik zarabia na plantacji?
– Cztery dolary za godzinę – natychmiast powiedziała zasuszona podstarzała blondynka, która podczas transferu z hoteli, przedstawiła się jako „ciocia Kinga” – Tyle wynosi minimalna płaca w cywilizowanym kraju – dodała tonem wyjaśnienia.
– Cztery dolary za godzinę! – Robert aż się zakrztusił – Prawie dobrze! Cztery dolary, ale nie za godzinę, tylko za zebrany urobek. Zgadnijcie, ile tej ostrej trzciny trzeba ściąć maczetą, żeby zarobić cztery dolary.
– No … – „Ciocia Kinga” zawahała się – pewnie z dziesięć kilogramów, chociaż nie – dodała po chwili – dziesięć kilogramów takiej trzciny to jakaś ogromna ilość, raczej za kilogram. Tak, kilogram za cztery dolary – powtórzyła z zadowoleniem, jakby jakieś jej wewnętrzne kalkulacje potwierdziły przedstawiony wynik.
– Tysiąc – powiedział Robert
– Jak to tysiąc – zapytał Andrzej – tysiąc dolarów?
– Tysiąc nie dolarów, ale kilogramów. Tonę znaczy – wyjaśnił Robert.
– Jak to tonę? Cztery dolary za tonę tego zielska? – wybuchnął Andrzej.
– Jak dobrze płacą to cztery… jak średnio to trzy albo dwa – uzupełnił Robert
– Durrrne to – Staś uznał za stosowne wyrazić swoją opinię, nie odrywając twarzy od iPhona
– Tak proszę państwa. Trzy-cztery dolary za tonę trzciny. Tonę oczyszczonej z liści łodygi – dodał Robert.
– To jakiś cholerny wyzysk – krzyknęła Renata – i to się dzieje w dwudziestym pierwszym wieku?
– Tak, od jakiś pięciuset lat – powiedział Robert – w zasadzie od momentu, gdy Hiszpania i Francja podzieliły między sobą wyspę. Jedna trzecia przypadła Francji – to jest dzisiejsze Haiti, a dwie trzecie Hiszpanii – czyli Dominikana. Haiti, z rosnącą rolą kolonialnego imperium Francji w rejonie morza karaibskiego zdominowało wyspę i w krótkim czasie, bazując głównie na handlu niewolnikami, uprawie trzciny cukrowej oraz eksporcie rumu i cukru stało się perłą Antyli. A uprawa trzciny napędzała handel niewolnikami, bo jest to nieprawdopodobnie śmiercionośna gałąź rolnictwa.
– To przez te kombajny – Piersiasta postanowiła zabłysnąć w dyskusji – robotnicy ciągle w nie wpadają i są mieleni.
– W zasadzie to nie – uprzejmie skorygował ją Robert – po pierwsze to w uprawie i zbiorze trzciny cukrowej nie chodzi o jej mielenie, ale zbiór łodyg. Po drugie, w siedemnastym i osiemnastym stuleciu nie było kombajnów, a już wtedy zbiorom trzciny towarzyszyło śmiertelne żniwo wśród robotników. A po trzecie, współcześnie w Dominikanie nie używa się kombajnów ze względu na ich horrendalną cenę zakupu, utrzymania, remontów i paliwa.
– Ale co z tym wyzyskiem – Renata spróbowała wrócić do interesującej jej kwestii widząc, że piersiasta szykuje ripostę w temacie mechanizacji rolnictwa.
– Z wyzyskiem jak to z wyzyskiem, zyskują bogaci a tracą biedni – sentencjonalnie powiedział Robert – A dzisiaj na polach w Dominikanie pracują prawie wyłącznie uchodźcy z Haiti. Ponad dwa miliony uciekinierów z najbiedniejszego państwa na świecie odnalazło tutaj swój raj i chociaż z naszej perspektywy, ich standardy życia urągają temu co nazywamy cywilizacją, to tutaj Haitańczycy mają możliwość utrzymania rodzin, zdobycia pracy i życia z dala od kataklizmów w postaci huraganów czy powodzi. Widzicie tego wytrwałego biegacza, który towarzyszy nam od mniej więcej pół godziny? – Tu Robert wskazał na czarnoskórego mężczyznę, który stojąc z boku ciężarówki, obierał z liści łodygę trzciny cukrowej – To jest Haitańczyk, który prawdopodobnie w czasie żniw pracuje na którymś z tych pól, a dzisiaj zapewne dostał cynk od zaprzyjaźnionego Dominikańczyka, który pracuje w hotelu, z którego kogoś z was zabraliśmy, że w ten rejon jedzie wycieczka turystów.
– Ojej! To on jest turystą z Haiti – pisnęła Warkoczykowo-Piersiasta dama.
– Dżizas! – mruknęła Renata i spojrzała wyczekująco na Roberta, który nie skomentował rewelacji Piersiastej.
Haitańczyk wyciągnął przed siebie obrany koniec łodygi trzciny w kierunku Andrzeja i zachęcająco się uśmiechnął.
– Eat mister – Andrzej sięgnął i urwał kawałek. Ugryzł i poczuł w ustach chłodny i słodki sok.
– Good, cool – Haitańczyk nie przestawał się uśmiechać – tu manges tout suit[2]
– Tu parles francaise[3]? – Zareagowała Renata
– Oczywiście że parl frąse bo jest z Haiti – odezwał się milczący od kilku minut Robert, który ciągle odreagowywał kwestię „turysty z Haiti” Warkoczykowej.
– Ouais[4]– Haitańczyk skinął głową i podał siedzącemu obok Andrzeja Stasiowi trzcinę.
– Smaczne to – skonstatował Staś, odrywając się na moment od gry na telefonie.

Andrzej wysiadł z ciężarówki i podszedł do rosnących po obu stronach drogi trzcin. Dotknął ostrych blaszek liści i zaklął, gdy poczuł na palcu skaleczenie.
– No hand mister, take blade[5]– Haitańczyk podał Andrzejowi maczetę.
– Ty weź daj mu coś – Renata powiedziała do Andrzeja wychodząc z samochodu – Chłopak się stara, w przeciwieństwie do tych dzieciaków – wskazała na chłopców, którzy przyjechali na rowerze i domagali się od grupki Polaków pieniędzy.
– My name is Andrew and you[6]? – Andrzej spróbował nawiązać dialog z Haitańczykiem
– Me name is Thierry[7]– Haitańczyk nie przestawał się uśmiechać.
Andrzej spojrzał na niego. Wyglądał na jego rówieśnika, mocno wychudzonego, o zmęczonych oczach, w których dojrzał jakąś desperację i niepokój.
– Kuźwa czy on mi wyciśnie rum z tej sałatki? – Artur, o którym wszyscy zapomnieli przypomniał się grupie w bardzo swojskim stylu. Wygramolił się z pomiędzy siedzeń ciężarówki i zeskoczył chwiejnie na zewnątrz.
– Mister drink – Thierry jakby zrozumiał o co pyta Artur, skręcił łodygę trzciny, jakby w geście wyżymania i na migi pokazał, żeby podstawić kubek. Ze ściśniętej żylastymi dłońmi łodygi wypłynął sok – Drink mister – Thierry ponownie zachęcił Artura. Ten zamoczył usta w płynie, odwrócił się i pogardliwie powiedział po polsku – Za taki drink mister to w japę powinieneś dostać ciołku.

– Es tu d’Haiti?[8]– Andrzej uruchomił swoją szczątkową znajomość francuskiego.
– Ouais – Thierry pokiwał głową – Mais aujourd’hui a Dominican[9]. Eat mister – podał mu kolejny kawałek trzciny.
– Quand es tu parti d’Haiti[10]?
– Il y a trois ans – odpowiedział – J’ai tres faim[11]– dodał wskazując na zapadnięty brzuch.
– Przestań go zagadywać i daj mu jakiś porządny napiwek – Renata była wyraźnie poruszona sytuacją – Poczekaj chwilę – przerwał jej Andrzej.
– You work here[12]? – przeszedł ponownie na angielski czując, że jego znajomość francuskiego kończy się.
– Yes, me and family. Three kids and me wife[13]. We hungry.
– Is it better here than in Haiti[14]? – zapytał Andrzej.
– Better! – Thierry wyraźnie się ożywił – aqui esta Paraiso[15]! – wykrzyknął.
– Raj – szepnął Andrzej patrząc na niego. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął banknot pięćdziesięciodolarowy i wcisnął w rękę oniemiałemu Haitańczykowi.
– Zbieramy się! – krzyknął Robert, zgarniając chwiejącego się Artura próbującego machać maczetą wśród zarośli. – Kochani jedziemy teraz do manufakturki cygar! Są tam egzemplarze Cohiba na rynek amerykański za 25 dolarów sztuka, a to niebywała okazja!
– O cholera, super! – Tomasz wyciągnął z kieszeni zwitek studolarówek – Kupię tutaj ze dwadzieścia i sprzedam w Polsce ze stuprocentową przebitką!
Ciężarówka szarpnęła i ruszyła w kierunku autostrady numer 4. Andrzej stał na tyle paki i patrzył na Thierry’ego, który tańczył dziki taniec radości, wzbijając na pomarańczowej drodze tumany kurzu. To był magiczny dzień! Kolejny dzień w jego raju.
Bavaro, 20 sierpnia 2018
[1]Loa – duch lub bóstwo w religii voodoo
[2]Zjedz teraz (franc.)
[3]Mówisz po francusku? (franc.)
[4]Tak (żargon franc.)
[5]Nie ręką, weź maczetę (ang.)
[6]Mam na imię Andrzej, a ty? (ang.)
[7]Mam na imię Thierry (ang. Slang)
[8]Jesteś z Haiti? (franc.)
[9]Ale teraz w Dominikanie (franc.)
[10]Kiedy opuściłeś Haiti (franc.)
[11]Trzy lata temu … jestem bardzo głodny (franc.)
[12]Pracujesz tutaj (ang.)
[13]Tak, ja z rodziną. Troje dzieci i żona (ang. Slang)
[14]Tutaj jest lepiej niż w Haiti? (ang.)
[15]Tutaj jest raj (hiszp.)